Znikające ekrany, czyli głos rozżalonego

W zgiełku, wywołanym znikającą propozycją podwyższenia opłaty paliwowej (rano wiceminister mówi, że jest taka koncepcja, wieczorem minister zaprzecza), umyka ciekawy wątek dotyczący budowy szybkich dróg – ochrony akustycznej. Tak się składa, że obserwuję tę sprawę od kilku lat – i jako dziennikarz, i jako społecznik, który w 2009 r. był jednym z organizatorów akcji „Tak dla Obwodnicy Marek”, pokojowego happeningu na rzecz odblokowania podwarszawskiego miasta, przez którego serce przejeżdża codziennie ok. 50-60 tys. pojazdów. Koniec końców, projekt zakończył się sukcesem, obwodnica jest już w budowie (układ 2 jezdnie – trzy pasy), a ja – zamiast satysfakcji – czuję gorycz i żal, które są potęgowane przez najnowsze propozycje ministerstwa.

Obwodnica Marek

Z co najmniej dwóch powodów: propozycji klasycznej spychologii stosowanej, by ekrany akustyczne wzdłuż dróg krajowych budowały dużo słabsze finansowo od GDDKiA samorządy i deweloperzy, oraz, by stawiać je nie w trakcie inwestycji (kiedy jest to tańsze), ale już po oddaniu trasy do ruchu.

Osoby, które poruszają się Trasą S8 w Warszawie, wiedzą, że ochrona akustyczna tego odcinka jest imponująca (choć i tak czasem niewystarczająca). Na Targówku i Żoliborzu są półtunele, tam, gdzie ich nie ma, są wysokie ekrany akustyczne, najczęściej ośmiometrowe. Gdy minie się rogatki Warszawy, ochrona akustyczna albo jest redukowana, albo w ogóle znika.

I dotyczy to nie terenów leśnych czy pustkowia, ale obszarów zabudowanych i zurbanizowanych. W życiu nie przypuszczałem (o święta naiwności), że po obniżeniu norm hałasu po aferze z ekranami na trasie Warszawa-Łódź przyjdzie komuś do głowy pomysł weryfikować założenia decyzji środowiskowej, dotyczącej budowy w graniczących z Warszawą i Ząbkami południowo-wschodnich Markach. I tak nie była wystrzałowa, bo czterometrowe osłony (lecz budowane w sposób ciągły) miały chronić lokalną społeczność.

Tymczasem po ponownej ocenie środowiskowej – mimo próśb i wniosków mieszkańców składanych na długo przed rozpoczęciem inwestycji oraz apelu Rady Miasta kierowanych do GDDKiA – okazało się, że długość ekranów została obcięta mniej więcej o połowę, a ich wysokość obniżono nawet do 3 m. Tu uprzedzam – sprawa nie dotyczy pojedynczych domów stojących w polu, ale kilku tysięcy mieszkańców, którzy w 2009 r. podpisami poparli pokojową akcją budowę obwodnicy, a dziś plują sobie w brodę. Oni nie żądali podziemnego tunelu czy  tzw. szklarni.  Wystarczyłyby ciągłe ekrany – takie jakie zamontowane są wzdłuż Trasy Toruńskiej, które – w przypadku Marek – wcale nie są kluczowym czynnikiem kosztowym w kontrakcie wartym kilkaset milionów złotych.

Zresztą, czy rzeczywiście obniżamy koszty, czy przesuwamy je do innej instytucji?

Za kilka lat do NFZ (lub jego prawnego zastępcy) zapukają osoby, którym hałas i zanieczyszczenia dały w kość. Wtedy oszczędności zamienią się w wydatki. A że już w innej instytucji, to nikt na to nie zwraca uwagi. Ale taka filozofia outsourcingowa (vel spychologiczna) właśnie przyświeca urzędnikom. No bo jak inaczej nazwać pomysł przerzucenia odpowiedzialności za budowę ekranów na samorządy? Duże miasto sobie z tym jeszcze poradzi, mniejsze – będzie mieć kłopoty. Być może wyłuska pieniądze (generalnie samorządowcy są bardziej wyczuleni na głos mieszkańców), ale kosztem zredukowania innych lokalnych inwestycji.

Na naszą marecką rzeczywistość cieniem kładzie się drugi pomysł resortu – by budować ekrany dopiero po oddaniu trasy do użytku. Otóż za kilka lat do Obwodnicy Marek powinna włączyć się Wschodnia Obwodnica Warszawy. I to w miejscu, gdzie nie zaplanowano obecnie ekranów, natomiast są już wybudowane i zamieszkałe osiedla oraz domy. Za kilka lat ruch zwiększy się w tym miejscu z 60 do 100 tys. pojazdów na dobę. I czy naprawdę, trzymając się urzędniczych procedur, będziemy czekać na analizy porealizacyjne? No i kto te ekrany będzie stawiać? Państwo czy samorząd?

Na koniec jeszcze osobista, znów gorzka refleksja. Państwo podobno liczy na inicjatywy obywateli. Do pewnego etapu – realizując projekt „Tak dla Obwodnicy Marek” – w to wierzyłem. Od 2013 r., czyli ponownej oceny środowiskowej, jako lokalna społeczność chodzimy, pukamy i prosimy urzędników i polityków wszelkiej maści – zwiększcie nam ochronę akustyczną. Bo przecież tu będą łączyć się dwie drogi ekspresowe. Niestety, zero zrozumienia. I, co gorsza, zero wyobraźni. Urzędnicy proszą się o sprowokowanie konfliktów społecznych. Ale może o taką inicjatywę społeczną chodzi?

Tadeusz Markiewicz
Tadeusz Markiewicz