Znowu wszystkie ręce na pokład?

Sytuacja na rynkach finansowych coraz bardziej przypomina tę, którą obserwowaliśmy w lutym/marcu 2009 roku. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji, bo przecież wtedy gospodarka światowa tkwiła jeszcze w ostrej fazie kryzysu. Podobieństwo jest w innym miejscu. Przestraszone banki centralne i rządy robiły wtedy wszystko, co tylko było możliwe, żeby ratować gospodarkę przed depresją. Wiadomo było, że recesji nie da się uniknąć, ale chodziło o to, żeby gospodarka światowa kompletnie się nie załamała. Banki centralne dramatycznie obniżały stopy procentowe, a rządy (szczególnie USA i Chin) zasilały gospodarki setkami miliardów dolarów. 

Akcja zakończyła się względnym sukcesem. Rzeczywiście, po stosunkowo krótkim załamaniu, gospodarki zaczęły rosnąć a ceny aktywów weszły w hossę. Ekonomiści i politycy, którym nie podobają się keynesowskie metody walki z kryzysem, kręcą nosem twierdząc, że wpompowanie pieniędzy w gospodarkę nic nie dało, że trzeba było pozwolić działać wolnemu rynkowi. Nawiasem mówiąc w USA pieniądze przeznaczone w ramach programu TARP na ratowanie banków zostały już w dużej części (z zyskiem) odzyskane, o czym zacięcie zwolennicy neoliberalizmu starają się nie pamiętać. 

W realnej gospodarce rzeczywiście, wynik tych działań jest mizerny i jak myślę przyjedzie nam jeszcze niedługo znowu zmierzyć się z kryzysem (który trwa w utajonej postaci). Jednak warto zadać sobie pytanie: co stałoby się wtedy, gdyby państwo nie wkroczyło? Gdyby na przykład rzeczywiście pozwolono (tak niektórzy zalecają) na totalne załamanie na rynku nieruchomości i upadek potężnych banków. Przecież jest bardziej niż oczywiste, że wynikiem byłaby globalna depresja, której świat nie doświadczył od lat 30. zeszłego wieku. 

Po 1,5 roku stało się jednak to, co musiało się stać. Brak prawdziwych reform spowodował, że na rynkach finansowych praktycznie nic się nie zmieniło. Nie dajmy sobie zamydlić oczu – reformy w UE, czy w USA być może będę miały wpływ na działanie rynków, ale po pierwsze za kilka lat (przedtem przeżyjemy kolejną fazę kryzysu), a po drugie nie usuwają podstawowej wady systemu: finansjeryzacji gospodarki. Jeśli pamięta się, że 40 procent zysków spółek w USA pochodzi z systemu finansowego, czyli ze spekulacji, zwanej często inwestowaniem to trudno twierdzić, że żyjemy w zdrowym systemie. Przyjdzie nam leczyć się z tego zapatrzenia w rynki wtedy, kiedy kryzys naprawdę stanie się groźny. Wtedy to reformy będą musiały naprawdę zmienić świat. 

Ponieważ jednak obecnie nie został zmieniony to siłą rzeczy (co zapowiadałem) po wyczerpaniu pomocy rządowej gospodarka zaczęła zwalniać. To, czy zobaczymy drugą recesję nie ma specjalnie znaczenia (w zależności od ekonomisty określa się prawdopodobieństwo od 20-60 proc.). Ważne jest to, że gospodarka USA i UE wejdzie co najmniej w stagnację, a to z pewnością uderzy w obywateli. Tu mała dygresja. Polska być może jeszcze w 2011 roku nie ucierpi. Środki unijne i przygotowanie do Euro 2012 będą napędzać inwestycje, ale lata 2012 – 2013 to już zupełne inna historia. Środki unijne z budżetu 2007 – 2013 będą już przyznane, a inwestycje przed mistrzostwami Europy zakończone. 

Skoro prawie nic się nie zmieniło, co zresztą gołym okiem widać na rynkach finansowych, gdzie nadal króluje nieracjonalna spekulacja (wystarczy spojrzeć na rynek miedzi albo na indeks turecki indeks ISE) to nic dziwnego, że w USA już myśli się o kolejnych pakietach pomocowych. Tyle, że nazywa się je inaczej, bo opozycja gwałtownie zwalcza zadłużanie się państwa i podwyższanie podatków. Szczególnie aktywna jest cześć społeczeństwa amerykańskiego skupiona w Tea Party. Nasi zwolennicy neoliberalizmu posuwają się nawet do tego żeby nazywać tę część Amerykanów „prawdziwie obywatelskim społeczeństwem”, które zdaje sobie sprawę z tego, że zadłużanie państwa skończy się dramatem (tak, na własne uszy słyszałem taką wypowiedź profesora Leszka Balcerowicza). Nie miejsce tu na polemikę, ale wystarczy trochę poczytać, żeby poznać prawdziwe powody, które kierują protestującymi. Założenia protestu są zresztą błędne, bo nie jest on skierowany tam, gdzie powinien (na prawdziwe reformy), a w założeniu ma nieomylność wolnego rynku. 

Protesty nic tu jednak nie pomogą, bo Ben Bernanke, szef Fed w sierpniu nie zgodził się z ekonomistami, którzy twierdzą, że Fed już nie ma czym walczyć. Powiedział, że ryzyko pojawienia się deflacji nie jest duże, ale gdyby się mylił to Fed da sobie z tym radę. Z wystąpienia wynikało, że szef Fed myśli przede wszystkim o poluzowaniu ilościowym, czyli skupie rządowych obligacji (pospolicie zwanym drukowaniem pieniędzy). Pojawił się też Barack Obama, prezydent USA. Przed wyborami do Kongresu (2. listopada) robił wszystko, żeby przekonać elektorat do Demokratów. Między innymi ogłosił sześcioletni plan inwestycji w infrastrukturę oraz programu ulg podatkowych na sumę 100 mld USD w ciągu 10 lat dla firm, które będą poniosą koszty na badania naukowe i innowacyjność. Pieniądze te administracja ma znaleźć w likwidacji ulg podatkowych dla firmy wydobywających ropę i gaz oraz większym opodatkowania bardzo dobrze zarabiających Amerykanów. 

Na koniec wracamy do idei podobieństwa końcówki pierwszego kwartału 2009 z trzecim kwartałem 2010. Teraz też, podobnie jak wtedy, powstał koktajl zbliżony psychologicznie do tego, co działo się zimą 2009 roku. Jeśli wszyscy będą gospodarce pomagali to gracze giełdowi będą czekali na skutki tej pomocy i na poprawienie się danych makro, a to w końcu roku powinno napędzać wzrosty indeksów (nie musi to dotyczyć drugiej połowy września). I wszystko byłoby jasne, gdyby nie to, że płyniemy po wodach, na które nie ma map i gdyby nie coś, co określa się mianem „czarnego łabędzia”. Nigdy nie wiemy, co nowego może w ostatnich miesiącach roku wyskoczyć. Pamiętać jednak trzeba o tym, że brak prawdziwych reform podlany kolejnym drukiem pieniędzy może doprowadzić do wzrostu cen aktywów, ale potem przebudzenie z tego snu o stałym rozwoju będzie brutalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński