1 mln zł za każdego uchodźcę, którego nie przyjmiemy

250 tys. euro za każdego uchodźcę, którego państwo UE nie zgodzi się przyjąć w ramach programu realokacyjnego – takie rozwiązanie proponuje Komisja Europejska. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Polska miałaby przyjąć 7 tys. uchodźców. Jeśli się nie zgodzi, to zapłacilibyśmy na rzecz państwa, w którym uchodźcy pozostaną, kwotę ok. 1,75 mld euro.

Syrian refugees strike in front of Budapest Keleti railway station. Refugee crisis. Budapest, Hungary, Central Europe, 3 September 2015.

Nas osobiście to boli, bo 250 tys. euro to równowartość ponad 1 mln zł. Biorąc pod uwagę średnią wartość 2-pokojowego mieszkania, 10-letniego używanego samochodu oraz medianę zarobków Polaków, to za kwotę 250 tys. euro przeciętny uchodźca mógłby w naszym kraju żyć co najmniej 15 lat.

Komisja Europejska tłumaczy, że kwota jest tak wysoka, bo uwzględnia wszystkie pośrednie i bezpośrednie koszty związane z utrzymaniem uchodźcy przez 5 lat oraz ma zniechęcać przeciwne realokacji państwa członkowskie do odmowy przyjęcia wyznaczonych w limicie ludzi. Dodać należy, że UE za każdego przyjętego uchodźcę płaci od 6 tys. euro do 10 tys. euro. Gdybyśmy przyjęli 7 tys. osób i za każdą otrzymali średnio 8 tys. euro, to na ich wyposażenie, utrzymanie, ochronę i asymilację mielibyśmy 250 mln zł. Trudno powiedzieć czy jest to dużo czy mało, ale spokojnie w toku negocjacji udałoby nam się te kwotę zwiększyć.

Kłopot w tym, że zgoda na realokację nie musiałaby się skończyć na limicie 7 tys. osób. Dzisiaj mowa o takiej niewielkiej liczbie, którą bez większego problemu moglibyśmy wpuścić do kraju i bez unijnych dotacji. Widząc opieszałość UE w kwestii rozwiązania problemu napływu uchodźców za pół roku wymagania wobec Polski mogłyby zwiększyć się do 50 tysięcy uchodźców. Z taką liczbą też byśmy sobie poradzili, ale nie o to w tym chodzi.

KE, czyli „kryzys europejski”

Klimat polityczny, wielka niechęć wobec muzułmanów i obawy polskiego społeczeństwa przed „multikulti” popychają nas w kierunku nacjonalistycznego populizmu. To dziwna gra, bo jeśli odmówimy przyjęcia imigrantów to wychodzimy na nacjonalistów. Jeśli ich przyjmiemy to nastroje nacjonalistyczne staną się jeszcze popularniejsze. Rzecz polega na tym, by utrzymywać je w ryzach. Na razie gramy na zwłokę, ale długo nie wytrzymamy i w końcu będziemy musieli podjąć jakąś decyzję. Wewnątrzkrajowa zawierucha polityczna dodatkowo osłabia naszą pozycję.

Sama Komisja Europejska, której władza nie pochodzi z bezpośrednich wyborów, traci twarz nie tylko dlatego, że kompiluje rozwiązania o charakterze tymczasowym, ale przede wszystkim dlatego, że w swoich działaniach nie uwzględnia nastrojów wewnętrznych w poszczególnych państwach członkowskich. Kwota 250 tys. euro za nieprzyjętego uchodźcę to woda na młyn nawet dla umiarkowanych eurosceptyków.

Naturalnie, kwota 250 tys. euro za uchodźcę została ustalona na tak wysokim poziomie, bo w toku negocjacji zapewne zostanie ona obniżona do rozsądniejszych rozmiarów. Nie zmienia to faktu, że taka polityka – nazbyt czytelna i w pewnym sensie prostacka – zwyczajnie przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych.

Teraz czekamy na stanowisko Brytyjczyków, które wyklaruje się po referendum w sprawie pozostania Zjednoczonego Królestwa w Unii. Do tego czasu europejscy liderzy powinni zarysować jasne i klarowne ramy rozwiązujące problem napływu uchodźców, który nie może wykluczać zdecydowanych ruchów w kierunku zewnętrznym. Jeśli tego nie zrobią to rozpad Unii jest bardzo prawdopodobny a to byłaby katastrofa polityczna o trudnych do przewidzenia negatywnych konsekwencjach gospodarczych przy których 250 tys. euro za osobę to skromny rachunek.

Brama do Europy

Tylko w zeszłym roku granice Unii Europejskiej przekroczyło milion ludzi, z czego część stanowią uchodźcy z Syrii i kilku państw afrykańskich. W tłumie maszerującym do Europy znaleźli się m.in. Albańczycy i Kosowianie, których należy traktować jako nielegalnych imigrantów zarobkowych. Nie ulega też żadnym wątpliwościom, że wśród napływającej do Europy masy ludzi znalazły się także podrzutki terrorystów, dezerterzy z armii oraz pospolici przestępcy.

Problem napływu uchodźców przyćmił m.in. kryzys gospodarczy w Grecji. Kraj ten sprawnie wykorzystuje swoje położenie w negocjacjach z Unią Europejską w kwestii pomocy finansowej. Sprawa jest prosta – wy nam pomagacie i darujecie część długów a my będziemy rzetelnie pilnować granic.

Wzrasta rola Turcji, która na razie bezbłędnie wykorzystuje swoje atuty. Po pierwsze jest śmiertelnym wrogiem Rosji, która dwa lata temu na ukraińskim przedmurzu UE bezczelnie wyrwała sobie Krym. Ponadto bezpośrednio graniczy ona z Syrią, która wykrwawia się w wojnie domowej. ISIS słabnie, ale jest jak hydra. Raz zaszczepiona idea państwa islamskiego wypiera mózgi nie tylko w Syrii i innych państwach zamieszkiwanych Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, ale coraz częściej także wśród mniejszości muzułmańskiej zamieszkującej Europę od wielu pokoleń. Z ISIS już nie wygramy pokojowymi środkami. Turcy czują własną siłę – wiedzą, że to od nich zależy spokój w Europie i trzymanie Rosji na dystans, dlatego negocjują twardo i Unia pozwala im na coraz więcej.

Wesele Angeli

Słabość UE polega na braku solidarności państw członkowskich a bez niej nie da się podjąć zdecydowanych kroków do rozwiązania kryzysu imigracyjnego. Każdy gra do innej bramki. Grecy chcą oddłużenia, Niemcy pracowników, Polacy i Węgrzy większej niezależności gospodarczej i bezpieczeństwa, Włosi i Hiszpanie tanich kredytów i pieniędzy, Wielka Brytania silniejszego głosu w sprawie UE, itd. Do tego dochodzą osobiste ambicje niektórych polityków i mamy kwas, dla którego uchodźcy są jak dolewana do niego woda.

Dodajmy do tego możliwe ataki terrorystyczne, które zamiast konsolidować UE w pracy na rzecz rozwiązania problemu, prowadzą do jeszcze większej obstrukcji politycznej. Czy jest nam potrzebny jeszcze większy kubeł zimnej wody, by zrozumieć, że naczynie pękło i sklejanie go tylko od środka jest nieskuteczne? Ameryka zajęta jest wyborami, rosyjski niedźwiedź udaje, że śpi a Chińczycy grają na osłabienie wszystkich wokół.

Największą plamę dały Niemcy a konkretnie kanclerz Angela Merkel, która prawdopodobnie zapraszając wszystkich do Europy, kierowała się emocjami. Niemcy nie skonsultowały swojego zaproszenia z innymi państwami UE – to jak zaprosić zbyt dużą liczbę gości na wesele a potem kazać nieuprzedzonym sąsiadom przynieść jedzenie na stół i zapewnić im nocleg.

Nie dziwię się Angeli, że zareagowała emocjonalnie. Jako kobieta była pod ciągłą presją mediów, które nie szczędziły jej programów, w których musiała odpowiadać na pytania m.in. płaczących palestyńskich dzieci dlaczego Niemcy nie chcą ich u siebie. Zaszłości historyczne też nie są bez znaczenia. Niemcy obciążone piętnem holokaustu w dyplomacji międzynarodowej zawsze chcą grać dobrego i już nawróconego Samarytanina w obawie przed oskarżeniem o niehumanitarne podejście. To co uchodzi Anglikom, Francuzom i Amerykanom na sucho, Niemców stawia w dramatycznym położeniu.

Jak rozwiązać problem? W tej materii nic nie uległo zmianie – po pierwsze należy zmniejszyć siły wypychające uchodźców z ich państw, a po drugie – zniechęcić ich do ryzykownego i nielegalnego przekraczania granic UE. Po trzecie – zreformować unijne instytucje nawet kosztem kryzysu finansowego i w końcu zacząć przygotowania do światowej konferencji oddłużeniowej.

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak