Blondynka gwiazdą nudnego Big Shorta

Obejrzałam, ale się nie zachwyciłam. „Big Short” to nie jest film dla Polaków. Ostatnią noc spędziłam z Big Short. Nie, to nie to, o czym myślicie. Ale i tak było trochę nudno. Wbrew dobrym rekomendacjom, dla profesjonalistów ten film jest nudny i za płytki. Dla amatorów może być niezrozumiały. Zwłaszcza dla tych z Polski, którzy nie wiedzą, czym grozi np. wzięcie kredytu walutowego czy dlaczego warto uważać, gdy ktoś proponuje ci lokatę na kilkanaście procent. Przedstawiane w filmie definicje MBS, CDO, subprime to za trudne (choć część o ratingu bardzo fajna – nasz rząd powinien ją propagandowo wykorzystać).

Zresztą, brak podstawowej wiedzy nie dotyczy tylko Kowalskich. Zgrzytam zębami, jak słyszę z ust redaktorów (od wszystkiego, czyli od gospodarki także) pomieszanie najprostszych pojęć (zacznijmy od tego, że zysk/dochód to nie to samo, co przychód/obrót/sprzedaż).

Nie trać zatem czasu na film. Jak jesteś angielskojęzyczny, to najciekawsze cytaty są tutaj.

Główne przesłanie? Oczywiście, że banki robiły, robią i będą nas robić w konia. Choć w ładnych szelkach.

Najlepsza rola? Oczywiście, blondynka (Margot Robbie) tłumacząca subprime kąpiąc się w wannie. Boska!

 

No dobra – pora na kolejny film o Wall Street. Konkretnie o bessie. Premiera w Polsce 5 lutego:

Misiek w Nowym Jorku

Rynki Blondynki
Rynki Blondynki