Chiński smok w internecie

Jedziesz do Chin, ale chcesz być w kontakcie ze światem? Plan karkołomny. Przeczytaj, jak z chińskimi blokadami w internecie zmagają się europejscy dziennikarze.

Bez koleżanek daleko bym nie zaszła. Gdyby nie to, że jedna z nich zapytała, dlaczego nie napiszę o życiu bez Google’a, to chyba bym na to nie wpadła. A warto napisać.

Wyobraźcie sobie: trzydziestka dziennikarzy przemierza Chiny, a w tym czasie w Europie, jak co dzień, pracują ich szefowie. Ci pierwsi mają newsy, ci drudzy na nie czekają. Artykuły słałoby się pięknie, gdyby nie te Chiny.
Nie działa tu Google, Facebook, ani Twitter. Pierwsza z tych blokad oznacza, że nie skorzystacie z poczty Gmail, zapomnijcie też o wrzucaniu zdjęć na Picasę. Wszystko inne powinno działać. I faktycznie, służbowe skrzynki pocztowe działają. Co z tego, skoro wyszukiwarki i strony – rzadko. Albo połączenie się rwie, albo ładowanie strony trwa wieki. Dla człowieka pracującego to trudne, bo ani nie przygotuje się do spotkania, ani nie sprawdzi CV rozmówcy, nie wspominając już o właściwej pisowni jego nazwiska i funkcji.
W takiej sytuacji właśnie się znalazłam, a ze mną dziennikarze z 16 krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Na zaproszenie Sekretariatu ds. Współpracy Chin z naszym regionem odwiedzamy fabryki, specjalne strefy ekonomiczne i lokalne władze.

W takiej sytuacji znajdziesz się i Ty, jeśli wybierasz się do Chin. Przeczytaj, jakie triki przetestowali moi koledzy.

Dziennikarz nr 1.

Lenovo nie pomogło

W Shenzhen pomógł mi jeden z chińskich gości hotelowych. Dzięki niemu mam VPN odblokowujący potrzebne mi strony, a zapłaciłem za niego 13 USD. W wielkim mieście nawet to działało, ale w mniejszych sytuacja stała się tragiczna. Kiedy wchodziłem na stronę chińskiej telewizji, wszystko było dobrze. Kiedy wchodziłem na stronę „Los Angeles Times”, połączenie z internetem się zrywało. Do pomocy włączyła się nawet córka kolegi, studiująca w Szanghaju. Wiele dla mnie nie zdziałała, choć w Szanghaju korzysta, dzięki VPN, ze swobodnego dostępu do wszystkich stron. Może to kwestia miasta i hotelu. Nie jest to raczej problem mojego komputera, bo to przecież Lenovo.

Dziennikarz nr 2.

Darmowe pięć minut

Ściągnąłem VPN na dzień przed wyjazdem do Chin, za darmo. We wszystkich miastach i hotelach połączenie zrywało się co 5 minut, ale przez tę chwilę można było w zasadzie czegoś się dowiedzieć.

Dziennikarz nr 3.

Rosyjski plan B

Przed wyjazdem poszłam do naszego działu IT i dostałam od nich VPN. Była to wersja płatna. Niestety, ani razu dobrze nie zadziałał. Zrywało, a ja traciłam cierpliwość czekając, aż wyświetli się potrzebna mi strona.
Próbowałam też skorzystać z wyszukiwarki rosyjskiej, ale powiedzmy sobie szczerze – czuć w niej cenzurę.

Ja (i większość pozostałych):

Maile i tyle

Zapomniałam, że mogę mieć problem z Googlem. Pamiętałam tylko, że sieci społecznościowe nie działają, ale mogę bez nich żyć.
Pierwszy z hoteli, w Kantonie, nastroił nas wszystkich pozytywnie, bo zakazane społeczności hulały aż miło. Mieli dyspensę? Działali na nielegalu? W kolejnych miastach blokady były już szczelne. Próbowałam uciec się do Yahoo, ale żółwie tempo doprowadzało mnie do szału. Kolega z portalu internetowego liczył, że system edycyjny zadziała i będzie sam wrzucał teksty na stronę, ale się przeliczył.
Korzystamy więc z maili, wyszukujemy przez Wikipedię. I tyle.

Rodowity obywatel Chin:

Ale w czym problem?

Przecież wszyscy w Chinach mają dostęp do wszystkich stron. Trzeba tylko zaopatrzyć się w program do ich odblokowywania. Można go ściągnąć za darmo, ale wtedy jego jakość nie gwarantuje stabilności połączenia. Lepiej zapłacić 10 EUR za rok i mieć połączenie stabilne.
Tak, takie zakupy są legalne. Pyta Pani, po co w takim razie blokować? Nie odpowiem na to pytanie. Chce Pani mój telefon, by sprawdzić sobie Facebooka?
A Wy macie skuteczne sposoby na chińską cenzurę w Internecie? Jesteśmy tu jeszcze trzy dni, chętnie przetestujemy.

Z góry dziękuję.

Magdalena Graniszewska
Magdalena Graniszewska