Hardcore Henry poziom pierwszy

To bardziej doświadczenie filmowe niż film, do tego na tyle krwawe, że spodobać się może fanom filmów Roberta Rodrigueza lub samych gier komputerowych, opartych na przemocy. Ale jest też dowodem na to, że stale rozwijający się rynek gier nie jest lekceważony przez przemysł filmowy.

Hardcore Henry - materiały prasowe

Hardcore Henry - materiały prasowe

 

Fabuła nie jest skomplikowana. Henry budzi się w laboratorium, gdzie jego żona skleca go niczym monstrum Frankensteina z kawałków. Tyle, że części zamienne są mechaniczne, co przypomina z kolei Terminatora, szczególnie część czwartą „Ocalenie”. Henry nie pamięta, co się z nim działo do tej pory, nie może też nic powiedzieć, bo nie działa jego moduł mowy. Za to jest wyjątkowo sprawny, co mu się od razu przydaje, ponieważ laboratorium najeżdża czarny charakter – Akan, z niecnym zamiarem skrzywdzenia Henry’ego i jego żony. Małżonkowie w trakcie ucieczki zostają rozdzieleni, a Henry spotyka Jimmy’ego, zdziwaczałego naukowca, który ma pomóc mu w uratowaniu ukochanej. Co wiąże się z całym szeregiem szalonych pościgów, nieprawdopodobnych wyczynów kaskaderskich – szczególnie z rodzaju parkour, czyli biegania po mieście i po fasadach budynków – pojedynków i walki bezbronnej jednostki z całym szwadronem uzbrojonych komandosów. Jest krwawo, ale też zaskakująco zabawnie. Stopień użycia czerwonej farby na ekranie przekracza normy Quentina Tarantino i mierzony powinien być w skali filmów Roberta Rodrigueza (tego od „Maczeta” i „Maczeta zabija”), jednak jest w tych jatkach coś absurdalnie nieprawdopodobnego, co czyni je mniej drastycznymi i wzbudza chwilami szczery śmiech.

To zdecydowanie nie jest rozrywka dla każdego, ale warto zwrócić uwagę na „Hardcore Henry”. Po pierwsze, to ciekawy eksperyment. Po tym, jak już mieliśmy filmy kręcone z ręki (jak „Blair Witch Project”), film kręcony w całości iPhone’m („Mandarynka”), filmy, które sprawiają wrażenie jednego długiego ujęcia („Birdman”), film kręcony przez 12 lat („Boyhood”), dostaliśmy oto film kręcony z kamery go-pro, czyli z perspektywy głównego bohatera. Widzimy tylko to, co widzi Henry, jeśli traci przytomność, to nam także niknie obraz, jego pole widzenia, jest naszym polem widzenia.

Zabieg ma upodobnić film do gry komputerowej, w której gracz także patrzy oczami swojego awatara. Przyznaję, że jako osoba urodzona i dorastająca w czasach analogowych, zdążyłam jedynie w wieku ku temu stosownym pograć w sapera, tetris, a na komórce w wężyka, który gonił za jakąś kropką. Cały równoległy, alternatywny świat gier komputerowych, dostępny w cyfrowej teraźniejszości, jest mi zupełnie nieznany, a zdaje się jest czego żałować. To nie tylko niezwykle rentowny interes z punktu widzenia twórców gier, ale opłaca się też graczom – najlepsi youtuberzy, jak słynny Felix Kjellberg o pseudonimie PewDiePie, zarabiają miliony dolarów rocznie na samej grze w grę.

Gry są już też częścią kultury masowej – na podstawie ich fabuł powstają komiksy, powieści i filmy. Pięć części „Resident evil” z Millą Jovovich jako Alice, dwa filmy o przygodach Lary Croft z Angeliną Jolie, „Książę Persji. Piaski czasu” z Jake’m Gyllenhaalem jako Dastanem, filmy o Hitmanie-Agencie 47, mroczny „Max Payne”, „Doom”, „Mortal Kombat” – można tak wymieniać, nie zapominając, że w tym roku czekają nas dwie premiery: „Assasin Creed”, gdzie w roli głównej wystąpi Michael Fassbender oraz „Warcraft: Początek”. Świat komputerowych gier jest inspiracją dla filmowców także w luźniejszy sposób – jak dwa filmy o cyfrowym świecie: „Tron” i „Tron. Dziedzictwo”, a kilka lat temu przebojem dla milusińskich była animacja „Ralph Demolka”, w której bohaterami były postaci z gier. O komedii z Adamem Sandlerem pt. „Piksele” chyba trochę wstyd wspominać.

Bywa też odwrotnie – gry powstają na podstawie już istniejącej fabuły. O czym warto wspomnieć, bo nasz rodzimy „Wiedźmin” w wersji na konsole święci triumfy na całym świecie (w oparciu o kultowe książki Andrzeja Sapkowskiego, a nie przygnębiająco słabej ekranizacji i jeszcze gorszego serialu).

Reżyser i jednocześnie autor scenariusza do „Hardcore Henry”, Ilya Naishuller, chciałby za wszelką cenę uniknąć uproszczonego odbioru swojego dzieła, zastrzegając w wywiadach, że nie zrobił filmu dla graczy komputerowych a jedynie film kręcony z perspektywy gracza. Trudno jednak uniknąć uproszczeń, skoro aktorem, na którego występie opiera się film, jest Sharlto Copley w roli szalonego naukowca Jimmy’ego (oraz jego awatarów), a to dlatego, że tytułowy Henry nie wykazuje się aktorstwem, Henry biegnie, strzela i pozbawia innych życia na wiele wymyślnych sposobów. Ten sam Copley użyczał już wcześniej głosu dla postaci w grze wideo „PayDay2”, którą to postać stworzył Naishuller i dał jej na imię Jimmy…

Żeby nie komplikować – jest krwawo, pod względem fabuły banalnie, czasem śmiesznie, ciekawie tylko ze względu na sposób kręcenia zdjęć i prowadzenia narracji. Postaci często mówią po rosyjsku (reżyser urodził się w Moskwie), na chwilę pojawia się na ekranie Tim Roth. Wyprawa do kina na własną odpowiedzialność, warto jednak wiedzieć, że taki film w ogóle powstał, bo całkiem możliwe, że podobnych oglądać będziemy jeszcze wiele.

„Hardcore Henry”, scenariusz i reżyseria Ilya Naishuller, Rosja USA, 2015

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik