Powrót Jasona Bourne’a

To mogła być trylogia, której towarzyszyłyby co najwyżej satelity, takie jak „Dziedzictwo Bourne’a”. Dostaliśmy jednak czwartą część historii zbuntowanego agenta. I choć trudno odpowiedzieć na pytanie „po co?”, to jednak jest się z czego cieszyć.

Jason Bourne - materiały prasowe

Jason Bourne - materiały prasowe

 

 

Od premiery „Tożsamości Bourne’a” minęło 14 lat. Ekranizacja powieści Roberta Ludluma zdobyła szturmem widzów. Wszystko było idealne – fabuła, lokalizacja akcji, sceny samochodowych pościgów i choreografia walki, kręconej „z ręki”, co sprawia, że trudno jest śledzić zadawane ciosy, ale łatwiej się zaangażować w konflikt. Jason Bourne (w tej roli Matt Damon) stał się alternatywą dla Jamesa Bonda. Nie tak uwodzicielski, nie tak przystojny ani elegancki, a jednak podbił zarówno męską, jak i żeńską część widowni. Głównie dlatego, że nie tak sztuczny.
Przez trzy filmy „Tożsamość Bourne’a”, „Krucjata Bourne’a” i „ultimatum Bourne’a”, śledziliśmy drogę bohatera do poznania prawdy o sobie. Przypomnijmy – Jason Bourne po wypadku na morzu został odłowiony przez rybaków nieprzytomny i z kulami w plecach. Nie pamiętał co się stało ani kim jest. Stopniowo udało mu się ustalić, że jest tajnym agentem, którego domeną jest zabijanie na zlecenie agencji. Zapomniał jednak, dlaczego to robił, a bardzo chciał się dowiedzieć, jak to się stało, że został zabójcą. Poszukując odpowiedzi na pytania o siebie, odkrył mroczne sekrety CIA i tajne programy, transformujące (nie)zwyczajnych ludzi w posłuszne maszynki do zabijania. Takich jak Bourne, agencja miała cały zastęp. Bourne, walcząc o zmianę przyszłości dla siebie, przy okazji walczył z szemranymi postaciami, forsującymi kolejne tajne programy.
Po zakończeniu trylogii, gdy wydawało się, że wiemy już wszystko, a Bourne, poznając swoją przeszłość i prawdziwe nazwisko – David Webb – odzyskał spokój, w 2012 roku otrzymaliśmy film „Dziedzictwo Bourne’a”. Tu Jason Bourne był jedynie wspomniany, Matt Damon pojawił się jako zdjęcie na ekranie komputera, a główną postacią był Aaron Cross (w tej roli Jeremy Renner). Cross był jednym z wyszkolonych przez agencję zabójców z programu, który zwierzchnicy właśnie postanowili przerwać. Co oznacza likwidację wszystkich, którzy wzięli w nim udział. Tajny agent nie miał jednak zamiaru dać się tak po prostu wyeliminować, a walcząc o życie, walczył również o to, by nie odebrano mu umiejętności, jakich nabył łykając specjalne pigułki, poprawiające sprawność fizyczną i podwyższające IQ. Fani trylogii żachnęli się i odrzucili „Dziedzictwo Bourne’a”, mimo że miało bardzo przyzwoitą obsadę, z Edwardem Nortonem, Rachel Weisz i Oscarem Isaaciem.

Po czterech latach wrócono więc do Jasona Bourne’a w wersji, która się widzom podobała. Dosłownie w takiej samej wersji. Zatem mamy Matta Damona, który nadal nie może sobie poradzić emocjonalnie – tym razem ze świadomością własnej przeszłości i poczuciem winy. Jest agencja, która chce wprowadzić nowy tajny program i to właśnie Bourne ma temu zaradzić. Są pościgi samochodowe i sceny walki wręcz, kręcone „z ręki”. Bourne nadal jest lepszym strategiem niż cały pokój zawodowców, siedzących przy najnowocześniejszych komputerach i korzystających z programów, potrafiących odnaleźć jedną twarz w tłumie na drugim końcu świata. I – co tu kryć – nadal dobrze się to ogląda.

Twórcy bardzo się starali, żeby powrót Bourne’a nie był rozczarowujący. Najbardziej cieszy obsada – oprócz Matta Damona, jest Tommy Lee Jones, Vincent Cassel, Julia Stiles oraz Alicia Vikander, której gwiazda błyszczy coraz jaśniej oraz Riz Ahmed, na którego warto zwrócić uwagę, bo jego kariera nabiera rozpędu.

Kłopot był jedynie z tym, co nowego można powiedzieć o przeszłości Bourne’a i jak uwspółcześnić fabułę. Stąd więcej wątków osobistych, również jeśli chodzi o polującego na Bourne’a tajnego agenta-zabójcę. Po raz pierwszy chodzi nie tylko o zimne morderstwo na zlecenie, ale też o zemstę. Jest także kwestia prywatności zwyczajnego Kowalskiego (Smitha?) w kontrze do powszechnej inwigilacji, usprawiedliwianej kwestiami bezpieczeństwa.

Jak na odcinanie kuponów – reżyser „Krucjaty” i „Ultimatum”, Paul Greengrass, poradził sobie dobrze. Jason Bourne to przyzwoita rozrywka na wakacje.

Jason Bourne, reż. Paul Greengrass, USA 2016

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik