Sztuka życia i śmierci wg młodych

„Burn, burn, burn” to reżyserski debiut Brytyjki Chanyi Button. To opowieść o zmaganiu się z przedwczesną śmiercią z udziałem młodych, o sztuce umierania i sztuce życia.

Burn, burn, burn - materiały prasowe

Burn, burn, burn - materiały prasowe

 
Tak, jak są filmy Bożonarodzeniowe (choć część widzów nie zbliża się nawet do telewizora w porze, gdy emitowany jest po raz kolejny „Kevin sam w domu”), są też filmy, które oglądamy częściej w okolicach święta Wszystkich Świętych. Niezależnie od tego, czy to jest „Cienista dolina” z Anthonym Hopkinsem w roli C.S. Lewisa, zmagającego się ze śmiercią żony, czy „Trzecia gwiazda” (Third star) z Benedyktem Cumberbatchem w roli umierającego mężczyzny, który wyrusza z przyjaciółmi w swoją ostatnią podróż, listopad jest odpowiednim czasem na opowieści o umieraniu i przeżywaniu żałoby.

W tym roku do kina weszły dwa filmy, które możemy dołączyć do listopadowego repertuaru. Komedia romantyczna „Nie ma mowy” z Rebeccą Hall i Jasonem Sudeikisem. To opowieść o młodej wdowie po muzyku, która stara się poradzić sobie ze stratą, pisząc biografię zmarłego męża i muzykologu, któremu wydaje się, że może pomóc wdowie, choć sam nie przepracował śmierci w swojej rodzinie. W zaskakująco harmonijny sposób udało się reżyserowi – Seanowi Mewshaw – połączyć poważny temat z gatunkiem komedii romantycznej.

Cięższego kalibru jest „Destrukcja” z Jake’iem Gyllenhaalem i Naomi Watts. Młody wdowiec nie potrafi dostosować się do zwyczajów żałobnych po śmierci żony, zaczyna podejrzewać, że jej nie kochał. W uporządkowaniu emocji pomaga mu poznana w dość niezwykłych okolicznościach, nieco starsza od niego kobieta.

A na tydzień przed Wszystkim Świętymi do kin wszedł reżyserski debiut młodej Brytyjki Chanyi Button „Burn, burn, burn”. Tytuł nawiązuje do cytatu z biblii bitników – „W drodze” Jacka Kerouaca „(..) bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną (…)”. Ten cytat jest też mottem życiowym jednego z głównych bohaterów – nieżyjącego już Dana. Dan umarł na raka, ale zanim to nastąpiło, nagrał dla swoich dwóch najbliższych przyjaciółek krótkie filmiki, prosząc je, by odtworzyły je w czterech ważnych dla niego miejscach. Tam też kobiety mają rozsypać jego prochy. Seph i Alex dowiadują się o prośbie przyjaciela na pogrzebie i nie od razu są chętne spełnić jego ostatnią wolę. Okazuje się jednak, że podróż przez Wielką Brytanię pozwoli im uciec na jakiś czas przed prywatnymi i zawodowymi problemami, z którymi boryka się każda z nich. Ruszają więc w trasę wyznaczoną przez zmarłego przyjaciela. To, co powie im na nagraniach Dane, to o czym same będą rozmawiały i jakich ludzi spotkają po drodze, wpłynie na ich wzajemną relację i na życiowe decyzje.

Film, mimo trudnego tematu, ma młodzieńczą lekkość i świeżość spojrzenia na śmierć i żałobę. Reżyserka porusza ciężkie emocjonalnie kwestie – umieranie młodego mężczyzny, który zachłannie kochał życie, rodzinne tajemnice, młodzieńcze zagubienie, ale udaje jej się nie uderzać w głęboki ton. Żadna z postaci nie jest jednoznacznie dobra lub zła. Każdy ma swoje ciemne strony i wymaga naprawy. Dan, mimo że występuje w roli mówiącego zza grobu Yody, sam musiał odpowiedzieć sobie na kilka trudnych pytań i przeprosić za kilka błędów. I podczas gdy Dan „uczy się” sztuki umierania, jego przyjaciółki uczą się sztuki życia.

Filmu nie znajdziemy w multipleksach, grają go kina studyjne.

„Burn, burn, burn”, reżyseria Chanya Button, Wielka Brytania 2015

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik