Trzy filmy Prince’a

Prince Rogers Nelson zmarł 21 kwietnia. Pozostawił po sobie muzykę, którą tworzył nieprzerwanie w ciągu ostatnich czterech dekad. Ale zostały po nim także trzy filmy, z których sławę, uznanie i Oscara przyniósł mu tylko pierwszy, „Purple rain”.

Scena z filmu "Purple rain" 1984 r. - materiały prasowe

Scena z filmu "Purple rain" 1984 r. - materiały prasowe

Album, będący jednocześnie soundtrackiem do filmu „Purple rain” (1984 r.), był szóstym w jego karierze. Przyniósł artyście oszałamiający sukces, zachwyt fanów i krytyki, dwie nagrody Grammy i statuetkę Oscara w 1985 roku.
Fabuła filmu jest prosta. Kid (w tej roli Prince) z zespołem (w tej roli skład zespołu The Revolution) gra w klubie, próbując przebić się ze swoją muzyką, która nie zawsze znajduje przychylność widowni. Rywalizuje z zespołem Morisa Daya – The Time.

Napięcia między muzykami, to nie jedyny problem Kida. Z koleżankami i kolegami z The Revolution też mu się nie układa. Kid ma apodyktyczny i wybuchowy charakter, który odziedziczył po ojcu, podobnie jak talent muzyczny. W domu nie panuje harmonia, Kid staje często między porywczym ojcem a matką. I dopiero burzliwa relacja z Apolonią, początkującą wokalistką, uświadamia mu, jak wiele musi w sobie zmienić, by nie popełniać błędów rodziców i odnieść sukces w showbiznesie oraz miłości. Co oczywiste, fabuła zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu.

Ale nie scenariusz Williama Blinna oraz Alberta Magnoliego (który także wyreżyserował film) jest w filmie godny uwagi. Fabuła blaknie w porównaniu z piosenkami, z których część nagrywana była na potrzeby filmu na żywo, ze spontanicznie reagująca publicznością. Od tytułowego „Purple rain”, (kolor fioletowy na stałe przylgnął do Prince’a, jako jego znak firmowy), po „Baby I’m a star”, każda piosenka z tego albumu z czasem zyskała własną legendę, jak ta, że „When doves cry” Prince napisał niemal w ostatniej chwili, na prośbę reżysera, któremu brakowało jednego kawałka do całości. Z kolei obsceniczny tekst „Darling Nikki” tak bardzo wzburzył Tipper Gore, żonę jednego z ówczesnych senatorów, że doprowadziła do wprowadzenia oznaczeń kategorii wiekowych na okładkach płyt.

Film jest dość swobodnie opartą na faktach autobiografią Prince’a. Na imiona postaci scenarzysta nie zużył wiele wyobraźni, Wendy Malvoin zagrała Wendy, Lisa Coleman – Lisę, Jerome Benton – Jerome’a, Moris Day – Morisa, a Apollonia Kotero – Apolonię. Za swój debiutancki występ Apollonia otrzymała aż dwie nominacje do Złotych Malin. Pseudonim, którym Prince obdarzył swoją postać „Kid” dla wielu fanów ma równe prawa, co używane w latach 90-tych „The Artist”, „The Artist formerly known as Prince” i „Symbol”. Słowa z „Let’s go crazy” – „Dearly beloved, We are gathered here today, To get through this thing called life” stały się po śmierci artysty jednym z najczęściej cytowanych tekstów.

Po przytłaczającym sukcesie „Purple rain”, Prince zamknął się w studiu nagraniowym i stworzył coś skrajnie różnego od oczekiwań fanów, krytyków i wytwórni muzycznej, czyli album „Around the world in a day”. Ale absolutnie nie przejął się krytycznym szemraniem i już w 1986 roku wydał „Parade”, album, który zawierał ścieżkę dźwiękową do „Under the cherry moon”, filmu, który dziś bardzo trudno kupić na dvd z polskimi napisami.

Tym razem Prince sam zajął się reżyserią i – oczywiście – zagrał główną rolę. Postać dla odmiany jest fikcyjna: Christopher Tracy to młody żigolak, uwodzący bogate kobiety w Nicei, by wyłudzić od nich pieniądze. W niecnych działaniach wspiera go przyjaciel, Tricky, którego gra znany z „Purple rain” Jerome Benton. Współpraca panów układa się świetnie, póki za cel nie obierają Mary Sharon, młodej dziedziczki. Christopher zakochuje się z wzajemnością w dziewczynie, ale na drodze do szczęścia staje ojciec Mary, któremu nie podoba się profesja jej wybranka oraz Tricky, któremu z kolei nie podoba się utrata zysków. Uwaga, spoiler, historia nie kończy się dobrze.

Nawet najgorliwsi fani twórczości Prince’a nie mogą powiedzieć, że to dobry film. Oczywiście, są ciekawe aspekty tego dzieła. Jest czarno-biały, dialogi między Prince’m a Jerome’m są dość zabawne i zatrudniono do filmu kilkoro dobrych aktorów. Mary gra Kristin Scott Thomas – znana z roli Fiony w „Czterech weselach i pogrzebie” i sądząc po jej późniejszych wypowiedziach, przez lata czuła lekkie zażenowanie z powodu przyjęcia tego angażu. Wystąpili tu także Steven Berkoff i Victor Spinetti. Film okazał się klapą, ale towarzyszący mu album jest jednym z lepszych w dyskografii Prince’a. Zawiera m.in. piosenkę „Kiss”, „Mountains”, „Anotherloverholenyohead” oraz balladę „Sometimes it snows in april”, której wersy teraz także często cytuje się na profilach społecznościowych: „Sometimes I wish life was never ending, and all good things, they say, never last”.

Można by pomyśleć, że po drugiej, ewidentnej nieudanej próbie romansu z X Muzą, Prince skupi się na tym, w czym był geniuszem, czyli na muzyce. I owszem, wydał podwójny album „Sign ‚O’ Times” w 1987 (oraz nagrał obrosły w czarną legendę „Black album”), „Lovesexy” w 1988, soundtrack do „Batmana” w 1989 i „Graffiti Bridge” w 1990. Który to album był ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule.

„Graffiti Bridge” jest sequelem „Purple rain”, ale dość luźno do pierwszej części nawiązującym. Są elementy wspólne – Kid, który jest już właścicielem klubu, ma nadal na pieńku z Morisem Dayem i Jeromem, znowu każdy gra właściwie siebie samego, tylko Ingrid Chavez dostała rolę anioła o imieniu Aura. Pojawiają się też nowi członkowie zespołu Kida o nazwie „The New Power Generation”, ponieważ Prince w owym czasie zmienił cały skład, zatrudniając m.in. Rosie Gaines i jej fantastyczny głos.

Tym razem Książę nie powierzył nikomu ani reżyserii, ani pisania scenariusza, zabierając się do tego osobiście. W jego opowieści Kid ma problemy natury finansowej, ponieważ jego muzyka znowu nie podoba się słuchaczom, ale też emocjonalnej, z myślami samobójczymi włącznie. Dlatego spotyka anioła, który ma wskazać mu drogę miłości. Uwaga, spoiler, właściwie trudno ocenić, czy film kończy się dobrze, czy źle. Za to na pewno można stwierdzić, że naprawdę dobrą rzeczą w tym dziele jest muzyka. „The question of U”, „Joy in repetition”, „Thieves in the temple”, „Still would stand all time” czy „Elephants &flowers” – kto nie był fanem Prince’a, mógł nie słyszeć o tych piosenkach, a naprawdę warto.

Czy po trzecim filmie Prince na zawsze porzucił X Muzę? Odpowiedź na to proste pytanie jest skomplikowana. Z jednej strony – nie znamy więcej filmów fabularnych z jego udziałem. Wystąpił w jednym z odcinków „The Muppet Show” w 1997 roku oraz w odcinku serialu „Jess i chłopaki” dwa lata temu. Wydał też muzyczne układanki teledysków, powiązanych w dość spójny sposób, jak „3 chains o’gold” czy „Diamonds and pearls”. Albumowi „Sign ‚O’ the Times” towarzyszył zapis koncertu, z fabularyzowanymi wstawkami między piosenkami. Jest kilka wydanych oficjalnie dvd z nagraniami koncertów.

Ale z drugiej strony – w „Paisley Park”, kompleksie mieszkalno-studyjnym nieopodal Minneapolis, oprócz sceny, gdzie odbywały się koncerty i taneczne imprezy, kryje się owiany legendą Skarbiec, w którym Prince przez dekady składował materiały niewykorzystane. Nagrania prób, nagrania koncertów, nigdzie nie publikowane piosenki, niewydane albumy, niepokazywane nigdy teledyski i – podobno – filmy. Skąpe informacje o tych materiałach pochodzą od ludzi, którzy pracowali przy ich powstawaniu. Czy ujrzą kiedyś światło dzienne? Tego dowiemy się w kolejnych miesiącach. Twórczość Prince’a, nawet po jego śmierci, może nas zaskakiwać przez wiele lat.

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik