NY here I come – maratonu do USA część 3.

To już oficjalne. Lecę do USA. Jest wiza, ale po rozmowie w ambasadzie jest też pewne rozczarowanie…We wtorek rano przybyłam do ambasady Stanów Zjednoczonych punktualnie o godzinie, na która miałam wyznaczone tzw. spotkanie z konsulem – tak zwane, bo jednak nie mam pewności czy faktycznie rozmawiałam z konsulem.

Fotolia

Na początku standardowa procedura bezpieczeństwa, podobna do tej na lotnisku, wzbogacona jednak o konieczność pozostawienia wyłączonego telefonu u strażników rezydujących przy wejściu na teren ambasady. Wraz z kilkoma innymi osobami podążyłam w kierunku wskazanym przez pracownicę placówki, schodami na dół, gdzie miałam wrażenie, że przeniosłam się na pocztę – kilkanaście okienek, numerki i kilkadziesiąt osób wpatrujących się w tablicę świetlną w oczekiwaniu na swoją kolej.

Cała wizyta w ambasadzie trwała mniej więcej 30 minut, z czego najdłużej zajęło oczekiwanie na rozmowę z pracownikiem ambasady czyli wspomnianym już tzw. „konsulem”. Wyzwaniem w moim przypadku okazało się zdjęcie odcisków palców z lewej dłoni. Po sześciu próbach i przetarciu skanera, pani z okienka nr 3 lub 4 (już niestety nie pamiętam) dała za wygraną: „nie możemy powiedzieć, że nie próbowaliśmy, prawda?”. Z prawą dłonią i kciukami poszło zdecydowanie sprawniej. Zdjęcie odcisków zajęło około 5 min.

Numerek 068, który dostałam wcześniej, przez długi czas nie pokazywał się na tablicy świetlnej, choć osoby dzierżące świstki z numerkami 067 i 069 już dawno były po rozmowie. Moja kolej przyszła dopiero, gdy na tablicy zaczęły pojawiać się numerki od 080 wzwyż. Okienko numer 7. Trzy krótkie pytania w języku polskim – no stress. I… „wiza została przyznana. Miłego pobytu”. Trwało to w sumie może 30 sekund.

Niby fajnie, ale byłam jednak przygotowana na serię podchwytliwych pytań w języku languidż w stylu: „czy ma pani kredyt mieszkaniowy?”, „czy, gdzie i kiedy podróżowała pani ostatnio za granicę?”, „gdzie pracuje osoba, z którą planuje pani podróżować/ u której chce się pani zatrzymać?”, „skąd się państwo znacie?”. Nie są to moje wymysły, tylko suma doświadczeń znajomych, którzy w ostatnich latach ubiegali się o wizę. Nikt nie chciał mi uwierzyć, że moja rozmowa poszła tak szybko.

W związku z powyższym pojawiła się pewna spiskowa teoria związana z długim oczekiwaniem na moją kolej rozmowy z konsulem. Czyżby pracownicy ambasady czytali moje wpisy na Dyskusja.biz? Zbieg okoliczności? Serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana z okienka nr 7, bo mam wrażenie, że i tym razem może czytać.

Trzy dni później odebrałam w siedzibie firmy kurierskiej – za kuriera do domu trzeba dodatkowo oczywiście zapłacić – paszport z wizą do USA ważną 10 lat. Zatem lecę! Istnieje jednak ryzyko, że zdejmowanie odcisków palców na nowojorskim JFK może ponownie przysporzyć kłopotów. Oby i tam pracownik okazał amerykański luz i powiedział „nie możemy powiedzieć, że nie próbowaliśmy”…

Katarzyna Łasica
Katarzyna Łasica