Wzrost akcji Fredry po premierze

Jak się mają notowania akcji na giełdzie do twórczości Aleksandra Fredry? Warto się dowiedzieć, odwiedzając Teatr Polski, na którego deskach wystawiane jest właśnie „Dożywocie” w reżyserii Filipa Bajona.

fot. Marta Ankiersztejn /Teatr Polski w Warszawie

 

Sztuki Fredry znacie? Znamy, znamy. Ja też tak kiwałam głową, póki nie usłyszałam o „Dożywociu”. Wstyd przyznać, ale ta świetna przecież sztuka umknęła mojej uwadze lub pamięci.
Reżyser Filip Bajon nie tylko przypomina widzom dzieło komediopisarza z epoki romantyzmu, które po raz pierwszy wystawione zostało w 1835 roku, ale uwspółcześnia jej przekaz. W wywiadach nie ukrywa, że w swojej interpretacji inspirował się filmem „Wilk z Wall Street”. A uważny widz może zauważyć wyraźne nawiązanie do licznych kreacji Jacka Nicholsona u jednej z Fredrowskich postaci (Jana Twardosza). Jak wypada zmiksowanie współczesności z twórczością XIX-wiecznego hrabiego? Zaskakująco dobrze.

Intrygę hrabia Fredro snuje wokół finansowego rozwiązania stosowanego w czasach mu współczesnych. Na czym polegało dożywocie? Powiedzmy, że bogata ciotka zapisała nam w testamencie majątek, ale ciągnąć z niego korzyści możemy tylko za swojego życia, np. dostając dożywotnią rentę. Rozsądne rozwiązanie dla nierozsądnych siostrzeńców, ze skłonnością do hulaszczego życia, ale nie ma takiego zabezpieczenia, którego by nie złamał lekkomyślny młodzieniec. Znalazła się więc rada na dożywocie. Z taką „rentą” można było pójść do lichwiarza i sprzedać ją za żywą gotówkę. To, czy się lichwiarzowi interes opłaci, zależało od długości życia spadkobiercy.
I taki interes ubił – anonimowo – lichwiarz Łatka z młodym Leonem Birbanckim. Birbancki nie żałuje sobie niczego, a Łatka zaczyna żałować swojej inwestycji, przewidując, że nadmiar dobrej zabawy odbije się niekorzystnie na zdrowiu hulaki i skróci jego żywot, a co za tym idzie – dochoty z jego dożywocia. Nasyłając na młodzieńca doktorów, stara się odsprzedać dożywocie Birbanskiego innemu lichwiarzowi. Jednocześnie stary Łatka stara się o rękę młodej córki innego dłużnika, która z kolei zakochana jest – oczywiście – w Leonie Birbanckim.

Intryga zagęszcza się i komplikuje, Fredro pozwala nam śmiać się do rozpuku z ludzkich przywar, ale od czasu do czasu śmiech ma gorzki wydźwięk. Dziewiętnastowieczni widzowie musieli chcąc nie chcąc rozpoznawać siebie samych w przerysowanych postaciach sztuki, a czy współczesny widz znajdzie echo własnych finansowych problemów na deskach sceny?

Stałym elementem zmieniającej się scenografii jest symbol złotego cielca, na ekranach wyświetlają się najnowsze notowania kredytu Leona Birbanckiego, w głębi sceny trwa gorączkowa krzątanina maklerów. Reżyser przypomina nam, że pieniądz to motyw naszych działań zarówno wtedy, jak i teraz, a brzęk monet wyznacza rytm dni. Ważne, by nie zagłuszył głosu sumienia i nie przesłonił tego, co w życiu naprawdę ważne. Może właśnie to próbuje nam powiedzieć Aleksander hrabia Fredro także dziś?

Sztuka ma bardzo dobrą obsadę, na deskach Teatru Polskiego zobaczymy Piotra Cyrwusa – któremu udało się uciec ze świata seriali i przypomnieć widzom, że jest świetnym aktorem teatralnym – Jarosława Gajewskiego, Szymona Kuśmidra, Krzysztofa Kwiatkowskiego w roli Leona Birbanckiego i Martę Kurzak jako Rózię. Fredrowskiego charakteru sztuce nadaje Paweł Krucz w roli służącego Filipa.

I „bodajby wam nóżka spuchła„, gdybyście przegapili „Dożywocie”.

„Dożywocie” Aleksander Fredro, reżyseria Filip Bajon, Teatr Polski w Warszawie, premiera 29 stycznia 2016.

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik