Żywot bohatera wojennego

I słowo żywot jest tu adekwatne, ponieważ opowieść o Desmondzie Dossie idealnie wpisuje się w kanon historii o świętych. Do tego historii, która wydarzyła się naprawdę i wyreżyserował ją Mel Gibson.

Przełęcz ocalonych - materiały prasowe

Przełęcz ocalonych - materiały prasowe

 

 

Desmond Doss uczestniczył w walkach II wojny światowej jako sanitariusz, przekonania religijne nie pozwalały mu dotykać broni i zabijać, nawet w samoobronie. Nie chciał jednak zostać w domu, gdy kolejni amerykańscy młodzieńcy wyruszali na front. Prawo pozwalało mu na pełnienie służby wojskowej w roli sanitariusza, postanowił więc z niego skorzystać. Ale nie było to tak proste, jak sobie to wymarzył. Jego awersja do broni nie spotkała się ze zrozumieniem ze strony dowódców ani kolegów. Jak tu zaufać na polu bitwy chudzielcowi, który za nic w świecie nie pociągnie za spust? Jak nie posądzać o tchórzostwo kogoś, kto odmawia walki? Desmod musiał wykazać się wielkim uporem, by wytrwać w koszarach, przełknąć szykany i uzyskać prawo do udziału w bitwie bez uzbrojenia. Ale nie skończyło się na tym. W chwili próby Doss wykazał się nadzwyczajnym heroizmem, dokonując niemal cudu i udowadniając, że wojna to nie tylko czas zabijania, ale także czas ratowania życia innych.

Mel Gibson, który przed kamerą zachowuje się dość chaotycznie, po raz kolejny udowadnia, że jego miejsce powinno być za kamerą. Nie przepadam za nim jako aktorem, ale nie mogę odmówić mu uznania jako reżyserowi. Owszem, jest reżyserem specyficznym, jego ulubionym środkiem wyrazu jest przemoc i dość drastyczne sceny, ale też każdy znaczący reżyser jest specyficzny. Oprócz krwi i mięsa, rozrzucanego nonszalancko po planie filmowym, w każdym filmie Gibsona znajdziemy bohatera, który wykazuje się nadzwyczajnym heroizmem, czymś, co czyni z niego niedościgniony wzór i symbol pewnych wartości. Nawet w fantazyjnym „Apocalypto”, gdzie główny bohater biegnie na ratunek rodzinie dwa dni i jedną noc przez dżunglę z bokiem przebitym na wskroś dzidą, a z każdym krokiem sił mu jakby przybywa, poświęcenie młodzieńca przesłania nam niedorzeczność tej historii.

Ale wracając do „Przełęczy ocalonych”. Gibson zabrał się do opowiadania historii Desmonda Dossa „po bożemu” w każdym tego słowa znaczeniu. Oglądamy więc dzieciństwo Desmonda i chwilę jego duchowej przemiany. Śledzimy pierwszą (i jedyną) miłość i decyzję o wstąpieniu na ochotnika do armii, a następnie zmagania z przeciwnościami w koszarach wojskowych. I dopiero potem następuje czas chwały, kiedy Desmond Doss w czasie bitwy o Okinawę i w nocy bezpośrednio po niej, uratował dziesiątki rannych, znosząc ich na plecach i pod ostrzałem z linii frontu. Motywy Dossa są jasno określone – wszystko, co robi, ma silną podstawę w wierze w Boga. Desmond jest niezłomny i w końcu tę niezłomność doceniają towarzysze z bronią.

I co by nie mówić, Mel Gibson opowiada tę historię w ujmujący sposób. Desmond jest ciekawą, wcale nie mdłą postacią, bitwa – jak to u Gibsona – jest krwawa i dosadna. Czepiać się można jednej sceny, w której reżyser pozwala sobie na religijne uniesienie (dosłownie), ale nie psuje to wystarczająco całości, by móc powiedzieć, że to zły film. Bo jest niezły.

Andrew Garfield (młodszej widowni znany jako drugie wcielenie Spider-mana) w moim odczuciu sprostał zadaniu, nie przeciążając już przecież i tak ciężkiej historii nadmierną ekspresją. Nawet zwykle dość irytujący na ekranie Vince Vaughn zagrał wyjątkowo lekko i bez nadęcia. Jest romans, jest męska przyjaźń, jest wyraźne przesłanie. W kinach pojawi się 4 listopada.

„Przełęcz ocalonych”, reż. Mel Gibson, Australia, USA 2016

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik