Jak zniesmaczyć dziennikarza

To będzie elementarz mediów i PR. Dziennikarze potrzebują znanych nazwisk, a znane nazwiska potrzebują dziennikarzy. Są jednak granice.

Alexas_Fotos/Pixabay

Alexas_Fotos/Pixabay

Pewne rzeczy w mediach i PR wydają się oczywiste. Zazwyczaj wiemy w jakiej sprawie kontaktujemy się z dziennikarzem i jaki tytuł prosimy o spotkanie, wiemy, że do zdjęć należy ubrać się ładnie, wiemy wreszcie, że pod bzdurami i błędami ortograficznymi dziennikarz się nie podpisze. Czy aby na pewno?

Odcinek pierwszy

Ktoś z działu promocji firmy należącej do bardzo znanego nazwiska z szoł biznesu pisze maila z propozycją ekskluzywnego tematu. Ów bardzo znany pan (nazwijmy go X) w niestandardowy sposób chce sfinansować swój kolejny projekt biznesowy. Więcej w naszej gazecie biznesu niż szoł, ale uznaliśmy, że temat ma potencjał. Tok myślenia jest prosty – pomysł rzeczywiście jest mniej typowy, warto pokazać tę inicjatywę, bo ciekawa i ku inspiracji, a do tego któryś z Szanownych Czytelników może zechcieć wesprzeć pomysł. Idę.

Odcinek drugi

Miało być pięknie, tymczasem już na wejściu dostajemy antyszoł i antybizes jak się patrzy. X wparadował w czapce, szortach, japonkach i tiszercie (uprzedzony ze trzy razy o tym, że będzie fotograf). Oczywiście, jego wybór, miał jednak mówić o poważnych pieniądzach na poważny biznes i o tym, jak znakomicie nim zarządza, a – gwoli jasności – nie zajmuje się produkcją czapek, szortów, japonek czy tiszertów.

W pierwszym zdaniu oburzył się, że nie jest nagrywany, a jego słowa są jedynie zapisywane, „bo wie pani, ja mam fatalne doświadczenia z dziennikarzami jak była tu pani koleżanka z (tytuł gazety) to w ogóle nie zrozumiała o co mi chodziło i teraz też ja się staram ładnie mówić, a pani nie jest w stanie tego zapisać”.

W drugim zdaniu skrzywił się, że jak to nie będzie zapisu jeden do jeden, ale tekst z cytatami. Bo on spodziewał się klasycznego wywiadu i dokładnego spisania. W trzecim – zdziwił, że w Pulsie Biznesu nie ma wywiadów, w czwartym – że to dziennik. W piątym okazał zaskoczenie, że pytam go o ów projekt i jego sfinansowanie, a nie inne rzeczy. Wyjaśnienia, że sami przyszli w tej właśnie sprawie, nie pomogły. Że sami przyszli konkretnie do Pulsu Biznesu, w którym nie ma wywiadów jako takich -również.

W kolejnym zdaniu X wylał morze żali na swoją branże i dziennikarzy (przedrzeźniając i nabijając się z kilku kolejnych), a także wyjaśnił, że jego firma jest najlepiej zarządzana ze wszystkich tego typu, a pomimo tego nie może znaleźć pieniędzy, bo wszyscy działają przeciw niemu.

Zdziwienia i żale były okraszane moją pracą u podstaw – wyjaśnieniami jak wygląda gazeta i do kogo trafia, jaki ma styl, jak tworzone są artykuły itd. itp.

Odcinek trzeci

Dochodzi do autoryzacji. Cytaty wysłane zostały z kontekstami i stwierdzeniami moimi, dziennikarskimi. Wrócił całkowicie przerobiony tekst (nie tylko cytaty)… Wiele było tu wykrzykników, wiele żali, wiele błędów ortograficznych, gramatycznych, wiele górnolotnych stwierdzeń (które nie padły podczas spotkania) i adnotacja – nic nie może być zmienione,  każda zmiana wymaga autoryzacji.

Na co liczył rozmówca? Prawdopodobnie na magię nazwiska, która sprawi, że dziennikarz i tytuł zechcą się skompromitować publikacją.

Otóż nie zechcą. Tekst oczywiście się nie ukazał i nie ukaże. X, gdy to usłyszał – dopytując, kiedy publikacja – zareagował słowami „uznaję nasze spotkanie za nieporozumienie”.

Żal zmarnowanego czasu, ale wiedza zdobyta – bezcenna. A wszystkim, którzy wspominają o panu X w kontekście jego dokonań i poszukiwania pieniędzy, opowiadam w szczegółach tę historię. To jest właśnie marketing szeptany. Bo czy ktoś, kto tak się zachowuje, równie poważnie traktuje kontrahentów, partnerów, sponsorów? Wysoce prawdopodobne.

A specjalne podziękowania za konstruktywne uwagi do niniejszego wpisu dla Marcela Zatońskiego :)

 

 

Michalina Szczepanska
Michalina Szczepanska