Atmosfera świątecznego niepojednania

Kumulacja politycznych starć w końcówce roku potwierdziła, że obecnym władcom państwa do niczego nie jest potrzebna zmiana Konstytucji RP.

Paweł Kopczyński/FORUM

Nad fabryką prawa przy ulicy Wiejskiej unosi się atmosfera przywołana w tytule. Jej przejawem zewnętrznym jest kordon barierek i policjantów, otaczający sejmowy kompleks z przyczyn bynajmniej nie antyterrorystycznych. Dowód wewnętrzny to zaciemniona sala plenarna, w której zakwaterowała się grupa zdeterminowanych posłów Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, oczekująca na powtórzenie piątkowych kadłubowych głosowań z Sali Kolumnowej. Ich nadzieje na nadejście marszałka Marka Kuchcińskiego z pomyślną dla nich decyzją przypominają jednak czekanie na Godota w teatrze absurdu Samuela Becketta. Dlatego zasadne jest pytanie, czy desperaci rzeczywiście spędzą w swoim zakładzie pracy Boże Narodzenie oraz noc sylwestrową. Jeśli zastosują rotację — a zaplecze regeneracyjne mają w hotelu odległym o kilkadziesiąt metrów — to bardzo realne. No, chyba że marszałek zakaże straży… wpuszczania posłów do gmachu Sejmu. W dziejach RP na taką butę nie poważyła się żadna ekipa, ale dla tzw. dobrej zmiany nie istnieją jakiekolwiek skostniałe zasady.

Kumulacja politycznych starć w końcówce roku potwierdziła, że obecnym władcom państwa do niczego nie jest potrzebna zmiana Konstytucji RP. Wszechmogący prezes Jarosław Kaczyński przecież doskonale rozumie, że w obecnej kadencji Prawo i Sprawiedliwość nie ma szans na zebranie w Sejmie co najmniej 307 głosów. Senat jest opanowany, ale akurat w procedurze konstytucyjnej pełni on rolę wtórną. Arytmetyczne kalkulacje nie są jednak potrzebne, skoro absolutnie wszystko daje się błyskawicznie forsować ustawami zwyczajnymi, do których przyjęcia wystarcza zwykła większość głosów. A gdy powstają jakieś proceduralne problemy, to natychmiast przejeżdża się walcem po regulaminie. W piątek tak się stało przy uchwalaniu najważniejszej corocznej ustawy — budżetu państwa. Pierwszy raz w dziejach nie tylko III RP, ale nawet PRL, już po rozpoczęciu maratonu budżetowych głosowań PiS nagle przepchnęło szokującą konstytucjonalistów wykładnię, że kilkaset najróżniejszych wniosków mniejszości i poprawek można skumulować w… dwa głosowania.

W poniedziałek komentarz do tego gwałtu na procedurze zakończyłem zdaniem: „Ale nie ma już w Polsce organu, który uczciwie by to ocenił…”.

Potwierdzeniem gorzkiej tezy stała się błyskawiczna akcja ostatecznego opanowania Trybunału Konstytucyjnego. Jako tymczasowa p.o. prezesa sędzia Julia Przyłębska natychmiast 20 grudnia zorganizowała zgromadzenie ogólne sędziów, które wyłoniło kandydaturę jej samej oraz sędziego Mariusza Muszyńskiego na prezesa. Nieważne, że spośród 14 uczestniczących w zgromadzeniu sędziów w głosowaniu nad kandydatami wzięło udział zaledwie… 6. Prezydent Andrzej Duda nawet nie zapytał, czemu brakowało quorum, i już 21 grudnia wręczył sędzi Julii Przyłębskiej akt powołania na prezesa TK. Już teraz wiadomo, że wice zostanie wspomniany sędzia Mariusz Muszyński — nowa prezes obsadziła go w gabinecie wiceprezesa, po usunięciu stamtąd obecnego wiceprezesa Stanisława Biernata, którego kadencja sędziowska wygasa 26 czerwca 2017 r. Reasumując, od wczoraj TK postrzegany jako organ krytycznie oceniający najważniejsze dla rządzącej ekipy tzw. grube ustawy, o wielkim znaczeniu społecznym, a także budżetowym — już nie istnieje. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski