Bez marginesu bezpieczeństwa

Budżet na 2017 r. jest pierwszym autorskim produktem Prawa i Sprawiedliwości (na rok bieżący skonstruowany został głównie przez rząd Ewy Kopacz), a jego lejtmotywem stało się przede wszystkim sfinansowanie obietnic wyborczych. Przyjęcie przez Radę Ministrów wstępnego projektu ustawy budżetowej na 2017 r. decyduje w praktyce już o kształcie docelowym. Wstępna wersja skierowana została do Rady Dialogu Społecznego (RDS) i po zebraniu stanowisk jej udziałowców zostanie finalnie przyjęta przez rząd za miesiąc, a 30 września planowo wpłynie do Kancelarii Sejmu. Taka procedura od razu wskazuje miejsce w szyku podmiotom reprezentowanym w RDS, zarówno czterem organizacjom przedsiębiorców, jak i trzem centralom związkowym. Ich faktyczny wpływ na konkretne budżetowe zapisy czy kwoty okazuje się tak minimalny, że bliski zeru. Wbrew naiwnym nadziejom towarzyszącym rok temu wejściu w życie nowej ustawy o RDS, dla partnerów społecznych nieosiągalna jest marząca się im pozycja budżetowych współdecydentów. Pozostaje co najwyżej rola bardziej/mniej akceptujących/ krytykujących rządowy projekt recenzentów.

Jeśli we wrześniu wprowadzone zostaną do wstępnego projektu jakieś korekty, to przez sam rząd.

Podczas wczorajszej prezentacji budżetu pod dyrekcją Beaty Szydło pierwsze skrzypce naturalnie grał Paweł Szałamacha, szef resortu finansów. Ale bardziej jako znający wszystkie liczby główny księgowy. Premier wyraźnie zaakcentowała, że o uwzględnieniu ewentualnych uwag ministrów niezadowolonych z przycięcia ich finansowych postulatów będzie rozstrzygał Komitet Rozwoju (KR) pod kierownictwem wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Przypomnę, że to organ pomocniczy rządu, koordynujący wszelkie działania dla realizacji przyjętego w lutym „Planu na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Skupia ministrów konstytucyjnych, zatem hierarchicznie i decyzyjnie stoi ponad tzw. małym rządem, czyli pracującym na poziomie wiceministrów Stałym Komitetem Rady Ministrów. A szef finansów jest szeregowym członkiem KR.

Przypomnienie o przykurzonym planie Morawieckiego właśnie przy okazji ustawy budżetowej ma istotne znaczenie wizerunkowe. Budżet na 2017 r. jest bowiem pierwszym autorskim produktem Prawa i Sprawiedliwości (na rok bieżący skonstruowany został głównie przez rząd Ewy Kopacz), a jego lejtmotywem stało się przede wszystkim sfinansowanie obietnic wyborczych. Absolutnym priorytetem jest dopięcie programu Rodzina 500+, a także przygotowanie finansów publicznych do skrócenia wieku emerytalnego. Rząd szczyci się utrzymaniem w 2017 r. deficytu budżetowego w granicach 2,9 proc. PKB, czyli w ryzach wymaganych prawem unijnym — ale pomija bardzo niewygodną prawdę, że w 2016 r. deficyt utrzyma się na poziomie 2,6 proc. Przy dobrej koniunkturze rząd mógłby śmiało ograniczyć deficyt w relacji do PKB, z jednoczesnym umiarkowanym zwiększeniem wydatków. Względy polityczne nakazują jednak wydatkowe pójście na wydrę, bez jakiegokolwiek marginesu bezpieczeństwa na spowolnienie tempa wzrostu. Ewentualnym ponownym wpadnięciem Polski w procedurę nadmiernego deficytu budżetowego obecni władcy wcale się nie przejmują. A w razie czego wszystko się zrzuci na wraże działania Komisji Europejskiej. Absolutnie najważniejsze jest dające sondażowe punkty rozdawanie co miesiąc po 500 zł niektórym dzieciom, dobrze urodzonym we właściwych rodzinach. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski