Brexit, czyli negocjacyjny problem pierwszeństwa jajka/kury

Theresa May, nowa premier UK, to twarda negocjatorka. Może się wstrzymać ze złożeniem wniosku secesyjnego. Tymczasem UE nie chce rozmawiać zanim się to nie stanie.

Po naturalnym zaskoczeniu graniczącym z szokiem przyjęliśmy już do wiadomości nieuchronność wystąpienia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (UK) z Unii Europejskiej (UE). Z najnowszych sondaży wynika jednak, że aż 49 proc. Polaków odczuwa niepokój z powodu referendalnej decyzji Brytyjczyków i spodziewanych następstw brexitu, tylko 5 proc. jest zadowolonych, a dla 42 proc. sprawa pozostaje obojętna. Notabene poparcie społeczne dla przynależności Polski do UE rozkłada się w stosunku 84:11, przy 5 proc. niezdecydowanych. Tak miażdżąca przewaga radykalnie jednak spada przy pytaniu o ewentualne zastąpienie złotego przez euro.

Tempo politycznych następstw brexitu w samej Wielkiej Brytanii przyspieszyło zaskakująco. Rozstrzygnięcia walki czołówki Partii Konserwatywnej o schedę po Davidzie Cameronie spodziewano się w październiku. Tymczasem do siedziby premierów przy Downing Street 10 już w środę wprowadziła się z rodziną Theresa May, dotychczasowa szefowa różnych resortów, w tym minister spraw wewnętrznych od 2010 r. Nominacja pragmatyczki i przeciwniczki brexitu uspokoiła rynki brytyjskie, a w ślad za nimi unijne. Logika zdarzeń podpowiadała przecież przejęcie rządów przez frakcję antyunijną, na czele z Borisem Johnsonem. Ale najwięksi zwolennicy brexitu tak się wystraszyli następstw referendum, że podwinęli polityczne ogony.

Szybka zmiana premiera absolutnie nie oznacza jednak równie szybkiego rozpoczęcia secesyjnej procedury. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaraz po wakacjach, a najpóźniej w październiku rząd Theresy May przekazał formalny wniosek o brexit Radzie Europejskiej do notyfikacji i tym samym rozpoczął wykonywanie art. 50 unijnego traktatu. Ale nic z tych rzeczy — nowa premier potwierdza, że „brexit oznacza brexit”, ale od razu zastrzega, że niczego nie zrobi pochopnie. Z jej punktu widzenia uruchomienie procedury musi zostać poprzedzone wypracowaniem silnej brytyjskiej pozycji negocjacyjnej. Tymczasem stanowisko instytucji unijnych oraz najważniejszych państw członkowskich pozostaje dokładnie odwrotne — żadnych nieoficjalnych ustaleń przez złożeniem wniosku secesyjnego. Rysuje się zatem klasyczny problem filozoficzny pierwszeństwa jajka wobec kury lub odwrotnie.

Theresa May uczestniczyła już w wielu branżowych posiedzeniach ministerialnej Rady UE.

Przez lata poznała od podszewki skomplikowane reguły unijnych gierek. Dlatego można się spodziewać, że w twardych negocjacjach będzie starała się rozegrać m.in. wypadające w 2017 r. wybory we Francji oraz Niemczech. Osobiście za najciekawsze uważam ewentualne przejęcie przez UK — pozostające przecież państwem unijnym — wyznaczonej od 1 lipca 2017 r. prezydencji Rady UE. Z ust eurokracji już słyszane były opinie, że to absurd, że trzeba posunąć o pół roku do przodu kolejkę państw oczekujących na prezydencję. Ale wystarczy, że rząd Theresy May przetrzyma o kilka miesięcy złożenie wniosku i absurd stanie się unijną rzeczywistością…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski