Brexit prawnie się pogmatwał

Okazuje się, że trybunały konstytucyjne sypią rządom piach w tryby nawet w państwach, które… nie mają konstytucji. Brytyjski Wysoki Trybunał (High Court) orzekł, że do rozpoczęcia procesu wychodzenia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej niezbędna jest ustawa, uchwalona przez Izbę Gmin oraz Izbę Lordów. Rząd nie ma uprawnień do notyfikowania brexitu wprost na podstawie referendum z 23 czerwca. Instancją odwoławczą jest Sąd Najwyższy (Supreme Court), ale wiele wskazuje, że 7 grudnia orzeczenie zostanie utrzymane.

Wielka Brytania flaga Fot. istock/Fotolia

Wielka Brytania flaga Fot. istock/Fotolia

A wtedy skomplikowana już obecnie procedura dodatkowo się pogmatwa. Dotychczas spór między premier Theresą May a instytucjami unijnymi dotyczył pierwszeństwa jajka wobec kury lub odwrotnie. Bruksela oczekiwała, że Londyn złoży wniosek, przewidziany w art. 50 unijnego traktatu, co otworzy negocjacje na temat trybu brexitu. Rząd brytyjski widział to odwrotnie — najpierw uzgodnienie relacji brytyjsko-unijnych, a dopiero potem złożenie wniosku. Premier Theresa May jednak zobowiązała się do notyfikowania brexitu przed końcem marca 2017 r., bez pytania o zgodę parlamentu.

Teraz zapewne wejdzie do gry jeszcze jeden twardy, kolegialny zawodnik. W obu izbach parlamentu przewagę mają politycy proeuropejscy. Szanując nieodwracalność wyniku referendum, mogą zdecydowanie sprzeciwić się linii tzw. twardego brexitu, czyli wychodzeniu ze wspólnego rynku i ograniczaniu swobody przepływu osób. Zapowiada to długą batalię, w której podziały pójdą w poprzek partii. Dotychczas nieprzekraczalnym terminem prawnego brexitu wydawały się wybory do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2019 r. Po uprawomocnieniu się orzeczenia trybunału będzie jednak jak w czeskim filmie — nikt nic nie wie. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski