Czego mogą nauczyć nasz rząd, opozycję i media wybory w Rumunii?

Wybory parlamentarne w Rumunii z 11 grudnia ubiegłego roku, a także ich rezultaty nie wzbudziły większego zainteresowania, ani polskich, ani zagranicznych mediów. O tym, że taki fakt w ogóle miał miejsce spora część osób dowiedziała się niejako przy okazji znacznie bardziej nośnych medialnie masowych demonstracji w tym kraju, jakie rozgorzały w następstwie mało fortunnej próby radykalnego złagodzenia dolegliwości związanych z przestępstwami korupcyjnymi. Podjął ją niedawno powstały rząd i to do tego w specjalnym przyspieszonym trybie tzw. pilnego rozporządzenia. Największe niezadowolenie wzbudziło podwyższenie granicy strat skarbu państwa w ściganych z urzędu przestępstwach korupcyjnych, jak również obniżenie wymiaru kar z od 2 do 7 lat do zaledwie kary grzywny lub najwyżej 3 lat w przypadkach bardziej drastycznych.

Protesters hold effigies with the faces of leader of Romania's leftist Social Democrat Party (PSD) Liviu Dragnea and other members of the party dressed as prisoners, during a demonstration in Bucharest, Romania, February 3, 2017. REUTERS/Stoyan Nenov

Protesters hold effigies with the faces of leader of Romania's leftist Social Democrat Party (PSD) Liviu Dragnea and other members of the party dressed as prisoners, during a demonstration in Bucharest, Romania, February 3, 2017. REUTERS/Stoyan Nenov

Dużym zaskoczeniem były zwłaszcza setki tysięcy osób protestujących przeciw władzy socjaldemokratów (PSD), którzy ledwie kilka tygodni wcześniej odnieśli wręcz miażdżące zwycięstwo (45,5 do 20%) nad swoimi głównymi przeciwnikami politycznymi z centroprawicy (PNL). Ten i inne elementy czynią ze sceny politycznej w Rumunii kwestię wartą zainteresowania, tym bardziej, że wykazuje ona całkiem sporo podobieństw z sytuacją w naszym kraju.

Ostatnie wybory odbyły się rok po dymisji dość skompromitowanego socjaldemokratycznego rządu Victora Ponty, dokonanej w następstwie masowych protestów przeciw korupcji i elitom politycznym, których katalizatorem był tragiczny pożar w jednym z klubów w stolicy kraju. Powołano wówczas na 12 miesięcy techniczny rząd kojarzonego z PNL byłego komisarza UE Daciana Cioloșa oraz postanowiono o kolejnych wyborach w grudniu 2016 roku.

Gabinet Ciolosa przychyla Rumunom nieba

Nowy gabinet z miejsca przystąpił do dzieła zaskarbiania sobie przychylności społeczeństwa, którego rozmach  znacząco przewyższał nawet to, co naszemu społeczeństwu zaoferował rząd PiS.

Lista przedsięwzięć jest dość długa, ale do kluczowych należy generalna obniżka podatku VAT z 24 do 20% (od stycznia’ 16), dalsza obniżka VAT na artykuły żywnościowe aż do 9 % (od 1 czerwca’ 16), podniesienie o 9,8% wydatków na płace w sektorze publicznym, podniesienie wydatków socjalnych o 7,5%, a emerytur o 5%. Zmiany te pociągnęły za sobą ogólny bardzo szybki wzrost płac realnych w gospodarce, którego dynamika maksymalna osiągnęła niemal kosmiczne tempo + 16,1% w kwietniu’ 16, a średnio w 3 miesiącach przed wyborami + 13,8%. Są to wielkości odpowiednio prawie i ponad trzykrotnie wyższe niż w Polsce, gdzie uważa się obecnie, że płace rosną w dość dużym tempie.

W nieco słabszej proporcji rosły też dochody z pracy (w Polsce szybciej rośnie zatrudnienie), a wyższe dochody napędzały sprzedaż detaliczną, której dynamika realna w niektórych miesiącach przekraczała nawet 20 % (sic!) i też generalnie była trzykrotnie wyższa niż w naszym kraju. Bardzo spadło i tak niskie bezrobocie, które na koniec roku wyniosło 5,5% (Polska 8,7%), a wysokie tempo osiągnął wzrost gospodarczy – średnio w pierwszych 3 kw. 2016 roku 4,9% (Polska 2,9%).

Przewidywano, że deficyt budżetowy, który wynosił  0,7 % zwiększy się w wyniku tej silnie agresywnej polityki prospołecznej w 2016 roku do nawet ponad 3 %, ale okazał się on jednak mniejszy i wyniósł wstępnie 2,41%.

Przy takim niemal niespotykanym w świecie tempie bogacenia się społeczeństwa i bardzo dobrych parametrach gospodarczych wydawało się, że wyborczy sukces PNL jest wysoce prawdopodobny. Co zatem mogło sprawić, że centroprawica zamiast osiągnąć sukces, nie tyle nawet przegrała wybory, co została politycznie zmiażdżona?

Wyjątkowo dobry wynik socjaldemokratów był konsekwencją kilku czynników, ale przede wszystkim znacznie sprawniejszej komunikacji społecznej i generalnie bardzo udanego, skoncentrowanego na sprawach społeczno-gospodarczych przekazu wyborczego.

Przemyślana krytyka poczynań rządu przyniosła owoce

Niemal nazajutrz od dnia powołania gabinetu Ciolosa opozycyjna socjaldemokracja przystąpiła do totalnego recenzowania i krytykowania wszelkich poczynań jego rządu. Sprytnym posunięciem PDS – obok codziennej żmudnej krytyki – było sugerowanie, że poprawa poziomu życia obywateli nie jest wcale zasługą tego rządu, a właśnie poprzedniego, czyli jedynie korzystaniem z bardzo dobrej sytuacji budżetu, którą zostawili po sobie socjaldemokraci, zaś tempo poprawy jest i tak mniejsze od tego, które byłoby udziałem Rumunów gdyby ich rząd mógł nadal wypełniać swoją misję.

Lewicowi propagandziści profesjonalnie i skutecznie wykorzystywali argument, że wzrost gospodarczy wyraźnie przyspieszał już wcześniej, a tempo wzrostu dochodów ludności bezpośrednio przed ustąpieniem ich rządu było również wysokie. Wskazywano, że deficyt budżetowy był na bardzo niskim poziomie 0,7 procent, a więc był swoistą rezerwą, z której pełnymi garściami mógł korzystać – i korzystał gabinet Ciolosa.

W rezultacie nieustannego nacisku mediów nieprzychylnych prawicy i rządowi już po dwóch miesiącach PDS wyprzedziła PNL w sondażach, a z biegiem czasu jej przewaga nad konkurentem rosła sięgając w bezpośrednio przedwyborczych sondażach średniej relacji 41,5 do 24,5 procent.

W kampanii wyborczej PDS przebiła obietnicami PNL

W sytuacji wysoko zawieszonej poprzeczki transferów społecznych przez rząd Ciolosa, PSD obiecała w swojej kampanii jeszcze więcej. Jej osią uczyniła tematy społeczno-gospodarcze, zapowiadając dalsze podniesienie płacy minimalnej (o 16%), poprawę jakości służby zdrowia i edukacji oraz radykalne uproszczenie i kolejne obniżki podatków, jak dalsze obniżenie VAT – do  19%, PIT z 16 do 10 % (od 2018 roku), a także dalsze podwyżki emerytur – o 9%. Równolegle sprytnie podkreślano o przywiązaniu do ważnych wartości konserwatywnych postulując wprowadzenie konstytucyjnego zapisu definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.

Odrębną kwestią jest jak na dłuższą metę PDS poradzi sobie z realizacja wszystkich tych obietnic i czy nie wynikną z nich jakieś późniejsze problemy ze strony społeczeństwa przyzwyczajonego już do realizacji obietnic składanych przez polityków.

W trakcie kampanii centroprawicowa PNL w dość mało wiarygodny sposób licytowała się z PSD obietnicami w sferach socjalnej i podatkowej, a jednocześnie często  borykała się z chaotycznym przekazem, wewnętrznymi podziałami i brakiem wyrazistego lidera.

W ten sposób PDS z wydatną pomocą mediów skutecznie wybroniła się z teoretycznie bardzo niekorzystnej sytuacji, gdy rząd zapewnił obywatelom najszybszy historycznie wzrost dochodów, a Rumunia stała się niemal najszybciej rozwijającym się krajem Unii.

Poradzono sobie nawet z wizerunkiem skorumpowanej partii

Jeszcze większy sukces osiągnięto w potencjalnie zupełnie beznadziejnej kwestii korupcji, w której PDS i jej prominentni działacze (m.in. byli premierzy Năstase i Ponta oraz obecny lider PSD Liviu Dragnea) siedzą po same uszy i mają prawomocne wyroki lub trwające procesy. Z pomocą wiernych mediów udało się jednak skutecznie przekonać wielu obywateli, że część polityków centroprawicy również jest uwikłana w korupcyjne skandale.

Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania. Nie tylko istotnie utrudniono rywalizację PNL z socjaldemokracją, ale na prawicy powstał całkowicie nowy, antyestablishmentowy Związek Ocalenia Rumunii USR (partia nieco na kształt ruchu Kukiz’15), promujący na sztandarach hasła modernizacji kraju i bezwzględnej walki z korupcją. Hasła te błyskawicznie przyciągnęły część elektoratu (8,9 %), w tym głównie wykształconych mieszkańców dużych miast, czyli akurat z tradycyjnego elektoratu PNL.

Co więcej, mediom udało się generalnie zniechęcić do PNL wielu wyborców w wyniku czego pozostali oni w domach. W rezultacie zanotowano bardzo niską frekwencję (zaledwie 39%), a ponieważ to właśnie PSD ma najlepiej w kraju zorganizowane struktury lokalne oraz zdyscyplinowany elektorat, więc przełożyło się to na wyśmienity rezultat wyborczy tej partii (45,5% vs zaledwie 20 % dla PNL).

Z tej sytuacji wynikają co najmniej dwa istotne wnioski.

Po pierwsze, dobra koniunktura gospodarcza i nawet bardzo szybko rosnące dochody ludności nie wystarczają do osiągnięcia sukcesów wyborczych. Jest to tylko jakby warunek konieczny, ale nie dostateczny. To, że jest dobrze ludzie muszą jeszcze wiedzieć, a żeby wiedzieli, to musi im to ktoś skutecznie wytłumaczyć. Jest to ostrzeżenie przede wszystkim dla obecnej partii rządzącej.

Boleśnie doświadczył tego rząd PiS już w 2007 roku, gdy przegrał teoretycznie „wygrane” wybory. Ówczesna sytuacja gospodarcza Polski, a w szczególności  w zakresie rekordowej dynamiki wzrostu dochodów ludności, rekordowego spadku bezrobocia oraz świetnych wskaźników optymizmu była tak obiecująca, że podjęto ryzyko weryfikacji wyborczej.

Jednak w kampanii PO trafnie postawiło na zanegowanie sukcesów gospodarczych hasłem „by żyło się lepiej” sugerującym, że jest źle. Sprawne przekazy medialne opozycji i całkowita nieudolność wielu ludzi z  mediów bliskich rządowi kroku roztrwoniły początkową przewagę strony rządowej.

Podobną klęskę poniósł wcześniej SLD z premierem Cimoszewiczem, mimo faktu, że w końcu kadencji sytuacja kraju (wzrost PKB, bezrobocie etc) była co najmniej równie wyśmienita, ale podobnie jak w roku 2007 zawiodła jakość medialnego przekazu.

Warunkiem koniecznym i dostatecznym sukcesu jest bowiem dopiero skuteczny przekaz odnośnie korzystnej realnej sytuacji osiadający w świadomości obywateli, a nie sama sytuacja w której ci obywatele się znajdują.

Po drugie, we współczesnym świecie polityczne wiatry wybitnie nie sprzyjają korupcji. Wprawdzie po ostatnich wyborach w Rumunii można odnieść wrażenie, że przy pomocy mediów udało się partii PDS wymanewrować ten temat, ale w dużej mierze konkluzja ta jest niesłuszna. Wskazuje na to sytuacja, że to właśnie korupcja „przyklejona” do PNL w istotnym stopniu przyczyniła się do klęski tej partii, a ponadto antykorupcyjne hasła umożliwiły natychmiastowy spory sukces antykorupcyjnej partii USR utworzonej zaledwie na kilka miesięcy przed wyborami. Jest to ostrzeżenie pod adresem Platformy Obywatelskiej.

Również ostatnie największe po 1989 roku demonstracje Rumunów przeciwnych łagodzeniu i rozmiękczaniu prawa antykorupcyjnego zdają się świadczyć o autentycznej fundamentalnej postawie tamtejszych obywateli wobec tego zjawiska.

Tradycyjne media wcale są skazane na „przegrywanie wszystkiego”

Być może najciekawszy wniosek z rumuńskich wyborów dotyczy tradycyjnych mediów. Wiele się ostatnio mówi, że tracą na wiarygodności i wpływie na społeczeństwa przez swoje nadmierne upolitycznienie oraz rozwój internetu. Można spotkać też nierzadkie twierdzenia, że „media przegrywają wszystko” bazujące na faktach, że osoby lub sprawy gorąco przez nie popierane przepadają. Było tak zarówno wymiarze krajowym – przegrane kampanie Bronisława Komorowskiego oraz parlamentarne PO, jak i globalnym – zwłaszcza w sprawie Brexitu i wyborów prezydenckich w USA.

Bardzo możliwe jednak, że jest to diagnoza niesłuszna, co zdają się potwierdzać właśnie wybory w Rumunii. Okazuje się, że profesjonalny przekaz ma jednak i to nawet w bardzo trudnej sytuacji, duże szanse i to nie tylko na zwykły sukces, ale nawet na nokaut politycznego przeciwnika.

Dlaczego zatem aż w tylu przypadkach media zawiodły?

Możliwe, że jest to kwestia nieodpowiedniego do wymogów sytuacji poziomu kompetencji części pracujących tam ludzi. W dzisiejszym świecie zwolnień i stałej presji na ograniczenia zarobków oraz innych kosztów, media zbyt często żyją w syndromie oblężonej twierdzy. W za małej skali otwierają się na nowe osoby, bo te stanowić mogą dla pozostałych nadmierną zawodową konkurencję, a zwłaszcza w czasach gdy zwolnienia przeważają nad rekrutacją nowych pracowników.

Generalnie to nie tyle media nie radzą sobie skutecznie z kampaniami, ale ich pracownicy, którzy być może są za mało innowacyjni i zbyt przywiązani do schematycznych działań.

Przypadek Rumunii pokazał, że media mogą jednak mieć duży wpływ na bieg nawet najważniejszych krajowych wydarzeń pod warunkiem, że mają pomysł, są sprawne i mają ludzi, którzy wiedzą jak go zrealizować.

Prawdopodobnie za niecałe trzy lata wybory odbędą się również w naszym kraju. I być może do tego czasu nastąpi w nich taka zmiana, że nie będą już głównie „przegrywać wszystkiego”, ale staną się skuteczniejsze w kształtowaniu rzeczywistości, a ludzie tam pracujący będą mogli znowu przeżywać swoje wielkie chwile.

 

 

Andrzej Betlej
Andrzej Betlej