Dobra zmiana może liczyć tylko na… Donalda Tuska

Konstruktywne rozmowy gabinetu Prawa i Sprawiedliwości z gabinetem Unii Europejskiej na temat poszanowania w Polsce ładu konstytucyjnego jeszcze potrwają.

Trudno jednak wierzyć w kompromis, ponieważ wyklucza to sama jego definicja — żadna ze stron nie może być do końca zadowolona, ponieważ musi w czymś ustąpić. Tymczasem polski rząd obowiązuje doktryna prezesa „non possumus”, wykluczająca zarówno druk orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, jak i przyznanie, że w 2015 r. poprzednia i obecna kadencja Sejmu powinny podzielić się obsadzaniem nowych sędziów w stosunku 3:2.

Właśnie taki wynik byłby kompromisem, jeśli się uwzględni, że najpierw PO z pomocą PSL i SLD usiłowała bezprawnie zagarnąć pulę 5:0, a potem identyczny zabór, lecz na swoją korzyść, wykonało PiS.

Opozycja twierdzi naiwnie, że dalszy rozwój konfliktu zależy od postawy władców kraju. Ależ ona się nie zmieni, okopy są już za głębokie. Raczej podjęta zostanie próba rozegrania różnic między instytucjami unijnymi. Najwcześniej wraży okazał się Parlament Europejski (PE), który miażdżącym stosunkiem głosów przyjął rezolucję uderzającą w PiS. Ale wiadomo, że PE wybierany jest proporcjonalnie, zatem w jego ławach w Strasburgu/Brukseli zasiada najróżniejsza polityczna egzotyka, która nie chce się poznać na tzw. dobrej zmianie.

Kolejnym, równie podstępnym wrogiem okazała się Komisja Europejska (KE). Przez dwanaście lat polskiego członkostwa w Unii Europejskiej owa instytucja kojarzyła się przede wszystkim z dystrybucją pomocowych pieniędzy, ale z drugiej strony — z forsowaniem przepisów przesadnie regulujących przedsiębiorczość. Polska rządowa propaganda przystąpiła obecnie do deprecjonowania KE i podkreślania, że to jacyś uzurpatorzy, urzędnicy niemający mandatu wyborczego. Formalnie tak rzeczywiście jest, ale skład KE to wielka polityczna wypadkowa.

Jeden kraj deleguje jednego komisarza, a kto nim zostaje — decyduje realnie premier sprawujący urząd jesienią w roku eurowyborów — czyli w 2004, 2009, 2014, potem w 2019… O całościowym obliczu politycznym każdej KE decyduje zatem kalendarzowa przypadkowość. Na stanowisku komisarza polskiego tzw. dobra zmiana nastąpi dopiero we wrześniu 2019 r.

W obu wspomnianych instytucjach narodowość teoretycznie zostawia się na recepcji.

Zarówno posłowie, jak i komisarze z tysięcznymi tłumami urzędników stanowią eurokrację. W tej sytuacji jedyną nadzieją rządu PiS na skuteczną obronę jego racji pozostaje Rada Europejska (RE), czyli szczyt szefów państw i rządów. To właśnie na tym forum z założenia ścierają się partykularne interesy państwowe. Najbliższą rubieżą do kontrnatarcia jest planowy szczyt RE wyznaczony na 28-29 czerwca, czyli tuż po brytyjskim referendum. Personalizując pisowsko-unijną konfrontację — skoro Martin Schulz oraz Jean-Claude Juncker tak dybią na Jarosława Kaczyńskiego, to szansą na złagodzenie ewentualnych złych następstw dla Polski staje się… Donald Tusk.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski