Dochodzą, ale dojść nie mogą

Prezes dyscyplinuje konstytucyjną głowę państwa jako pozakonstytucyjny naczelnik państwa.

Jarosław Kaczyński od trzech miesięcy nie może pojąć, czemu Andrzej Duda okazuje się takim niewdzięcznikiem.

Trudno przewidzieć, na którym spotkaniu Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński dojdą do porozumienia umożliwiającego procedowanie przez Sejm prezydenckich projektów ustaw sądowych. Ba, czy w ogóle dojdą… Przy czym ustawa o Sądzie Najwyższym (SN) w zasadzie jest dogadana i pierwsze czytanie mogłaby przejść na posiedzeniu rozpoczynającym się 10 października. Ostra kość niezgody tkwi nadal w nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS), a oba projekty powinny być rozpatrywane w pakiecie.

Trzy dotychczasowe wizyty prezesa PiS w Belwederze stanowią konstytucyjne kuriozum. Od początku tzw. dobrej zmiany jej fundamentem jest doktryna, że decyzje realnie podejmuje nie rząd w Alejach Ujazdowskich i nie parlament przy ulicy Wiejskiej, lecz Jarosław Kaczyński przy Nowogrodzkiej. Ale owa partyjna oczywistość nie była specjalnie eksponowana. Po szoku lipcowych wet prezes postanowił jednak zrzucić kamuflaż i obecnie dyscyplinuje konstytucyjną głowę państwa osobiście jako pozakonstytucyjny naczelnik państwa. Pamięta, że 24 lipca marszałkowie Marek Kuchciński i Stanisław Karczewski oraz premier Beata Szydło posłani do Andrzeja Dudy z rozkazem wycofania wet — wrócili z niczym. Dlatego już bez skrępowania pokazuje, że to, na co on się zgodzi lub nie zgodzi — potulna PiS-owska większość w Sejmie i Senacie wykona automatycznie.

Rozwiązanie proceduralnej kwadratury koła rzeczywiście zapowiada się ciekawie. Andrzej Duda w lipcu sztandarem wet uczynił ideę, aby 15-osobowa część sędziowska nowej KRS wybierana była przez Sejm większością 3/5 głosów. Wymusiłoby to znalezienie personalnego kompromisu PiS z prawdziwą opozycją, czyli PO, Nowoczesną i PSL, bo głosy samego Kukiza nie wystarczą. Przypomnę, że KRS odgrywa kluczową rolę w doborze kadr sędziowskich. Od lipca prezydent jednak wymięka i obecnie przychyla się do zdania, że wśród 10 tys. polskich sędziów może nie udać się znaleźć piętnastki sprawiedliwych, akceptowalnych przez wszystkie partie. Wymyślony na poczekaniu przepis, by w razie pata w drugim etapie każdy poseł mógł poprzeć tylko jednego kandydata do KRS — to kpina z Konstytucji RP i regulaminu Sejmu, co słusznie wytyka prezes. Ale z drugiej strony pomysł Jarosława Kaczyńskiego, by w razie pata wybory KRS przejmował Senat, z utrzymaniem progu 3/5 — to kpina z idei Andrzeja Dudy, albowiem w drugiej izbie PiS dysponuje taką większością samodzielnie.

W miniony piątek obie wysokie nieukładające się strony rozeszły się bez konkretów. Kontynuują propagandową wojnę na wywiady i kontrwywiady w prawicowych mediach. Na czwarte spotkanie prezes ma przynieść wizję rozwiązania pata idei 3/5 w już doprecyzowanej formie pisemnej. Chodzi mu o to, by w drugim etapie pula 15 miejsc w KRS została rozdzielona między partie proporcjonalnie do liczby sejmowych mandatów, czyli żeby PiS koniecznie miało większość swoich sędziów. Co całkowicie wypacza ideę, aby właśnie nie było grup partyjnych, lecz cała część sędziowska KRS otrzymała akceptację wszystkich opcji politycznych. Finał tej rozgrywki, tylko z pozoru proceduralnej, będzie testem na odpowiedzialność Andrzeja Dudy za jego słowa z 24 lipca oraz skuteczność próby odpępnienia się od matki partii.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski