Dwie kadencje i sanitarna przerwa

Brak limitu kadencji dla wójtów/burmistrzów/prezydentów okazał się straszliwym błędem, wręcz zakałą samorządności w wielu gminach/miastach.

Bezprecedensowe umocowanie decyzyjne Jarosława Kaczyńskiego jest równie pozakonstytucyjne, co realne. Dlatego zjawiskiem naturalnym jest np. wielkie zainteresowanie jednostek samorządu terytorialnego zasygnalizowanymi ostatnio przez prezesa PiS kierunkami zmian w prawie wyborczym. Miałyby one dotyczyć przede wszystkim gmin/miast, które przerabiają ogromne pieniądze inwestycyjne, w tym fundusze unijne — o czym praktycznie codziennie piszemy w „PB”.

W ustach prezesa powrócił stary temat ograniczenia liczby kadencji wybieranych bezpośrednio wójtów/burmistrzów/prezydentów. Limit dwóch ciągłych kadencji na czele jednej gminy/miasta nie dotyczyłby mandatów w radach i sejmikach. Takie prawne zróżnicowanie jednoosobowych organów wykonawczych oraz kolegialnych uchwałodawczych to globalny standard. Bezpośrednie wybory silnych włodarzy gmin/miast w Polsce wprowadził w 2002 r. potężny wtedy Sojusz Lewicy Demokratycznej. I od razu powinien zapisać limit kadencji, ale tego nie zrobił. Po latach premier Leszek Miller ujawnił mi ze zdumiewającą szczerością, że wtedy po prostu… zabrakło im wyobraźni! Tymczasem brak limitu okazał się straszliwym błędem, wręcz zakałą samorządności w wielu gminach/miastach. Oceniam tak na podstawie wieloletnich doświadczeń, w oderwaniu od relacji partyjnych, osobistych sympatii etc. Osiem lat na bardzo silnym decyzyjnie stanowisku to cała epoka, podczas której naprawdę można zrobić coś dobrego. Rzecz jasna kodeksowe ograniczenie powinno zezwalać na ponowne kandydowanie na stanowisko wójta/burmistrza/prezydenta w tej samej gminie/mieście po czteroletniej przerwie, zdefiniowanej w tytule.

Natychmiast objawiło się naturalne pytanie — a od kiedy limit kadencji miałby wejść w życie?

To przecież jasne — od najbliższych wyborów samorządowych jesienią 2018 r. Co oznacza, że wszyscy wójtowie/burmistrzowie/prezydenci o stażu od 2010 r. lub dłuższym powinni zacząć już przyzwyczajać się do myśli, że zrealizują jeszcze budżety na lata 2017 i 2018, a potem już ktoś inny… Natychmiast z ich kręgów odezwały się głosy, że taka kalendarzowa gilotyna będzie niekonstytucyjna. A niby w którym punkcie? Przecież rządzenie gminą w trwającej kadencji 2014–18 ma zerowy związek prawny, zawodowy, pracowniczy etc. z wynikiem wyborów na kadencję 2018–22. Niedorzecznością i wręcz parodią ustrojowej zmiany byłoby natomiast wprowadzenie kadencyjnego limitu z jednoczesnym odłożeniem wejścia tego przepisu w życie aż do samorządowych wyborów w 2022 r.

Na zakończenie jeszcze drobiazg z innej wyborczej beczki. Ostatnia nowelizacja kodeksu z 2015 r. wprowadziła przezroczyste urny w lokalach wyborczych. W wolnym od głosowania 2016 r. wszystkie gminy w Polsce kupowały urny z przezroczystego pleksi, wykonane zgodnie z wzorem ustalonym przez Państwową Komisję Wyborczą. Obecnie wszystkie siedziby komisji obwodowych (poza jakimiś spóźnialskimi wyjątkami) zostały już wyposażone w przezroczyste urny. Dlatego zachwyt nad taką… propozycją (!) zmian w prawie wyborczym, w tych dniach słyszalny z ust polityków różnych opcji, a także z komentarzy np. telewizji publicznej — to jakiś absurd. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski