Dwudziestu siedmiu lat nie da się wygumkować

Data częściowo tylko wolnych, lecz obalających ustrój tzw. realnego socjalizmu wyborów do Sejmu i Senatu z 4 czerwca 1989 r. nigdy nie aspirowała do czerwonej kartki w kalendarzu.

Warszawa, 07.05.1989. Tramwaj z plakatem zachęcającym do glosowania na Solidarność w nadchodzących wyborach parlamentarnym. Fot. Aleksander Keplicz/FORUM

 Jednak traktowanie jej porównywalnie do 11 listopada 1918 r. jest jak najbardziej zasadne. Przy czym po zaborach i pierwszej wojnie światowej nieistniejąca Polska odzyskała niepodległość, natomiast istniejąca w 1989 r. — wolność. Obie wartości są pokrewne, ale oczywiście nie tożsame.

W każdym razie dwadzieścia siedem lat temu bez wątpienia właśnie 4 czerwca zaczęło się przywracanie cywilizacyjnej i gospodarczej normalności w całym regionie Europy. W ślad za Polską wasalny wobec Moskwy obóz państw formalnie niepodległych posypał się niczym kostki domina do końca 1989 r. — najpóźniej przeszło to krwawo w Rumunii.

Dwa lata temu na srebrny jubileusz 4 czerwca zjechali goście ze świata, na czele z Barackiem Obamą. Wtedy z dumą uważaliśmy za ogromny sukces polskiej dyplomacji umiędzynarodowienie rocznicy przełomowych wyborów i przebicie się do opinii zagranicznej prawdy, że wszystko zaczęło się w Polsce. Ale to przebicie trwało krótko, obecnie Unia Europejska i generalnie świat za symbol przemian zapoczątkowanych w 1989 r. znowu uznaje tylko obrazek tłumów na murze berlińskim z 9 listopada.

Jutrzejsza rocznica nie jest żadnym jubileuszem, ale jej fatalna atmosfera wynika z rozwoju bieżącej sytuacji społecznej. Sprawujące wszechwładzę Prawo i Sprawiedliwość rocznicę najważniejszego w dziejach Polski wydarzenia po drugiej wojnie światowej obchodzi z podwiniętym ogonem, oddając całą inicjatywę opozycji. Wszystko co ważne dla III Rzeczypospolitej obecni władcy najchętniej by ze świadomości narodowej wygumkowali, ponieważ zgodnie z obowiązującą dyrektywą propagandową rozwój Polski zaczął się dopiero od wyborów 25 października 2015 r. No, częściowo ciut wcześniej, 6 sierpnia — w dniu zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy.

Niestety dla nuworyszy i faryzeuszy — historyczna prawidłowość przedstawia się jak w tytule. Lepszy czy gorszy wpływ nadorobek III RP miały/mają kolejne rządzące ekipy, a przecież dłużej/krócej władzę sprawowali/sprawują już wszyscy. Ciągłość i współodpowiedzialność wrogich sobie rządów obrazowo przedstawię na przykładzie pieniędzy unijnych.

Pomyślną dla Polski wieloletnią perspektywę budżetową 2007–13 negocjował w 2005 r. premier Marek Belka, sfinalizował ją entuzjastycznie „yes, yes, yes” premier Kazimierz Marcinkiewicz, natomiast realnie śmietankę inwestycyjną spił premier Donald Tusk. Przy jeszcze lepszej dla naszych rozwojowych interesów perspektywie 2014–20 nastąpiła sprawiedliwa — chociaż nie wiadomo czy dobra — zmiana. Wielkie pieniądze wywalczył Donald Tusk, natomiast skonsumuje je premier Beata Szydło. Z konieczną uwagą — dopóki prezes Jarosław Kaczyński będzie ten personalny eksperyment kontynuował…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski