Na G20 będzie jeszcze trudniej

Dyskusja była „prawdziwa i bardziej intensywna niż przy innych takich okazjach” – co w okrągłym języku dyplomatycznym oznacza niezłą młóckę.

Z familijnego zdjęcia uczestników G7 przebija nie radość, lecz raczej frasunek. Z jednej strony dotyczy to m.in. Donalda Tuska, a z drugiej – jego imiennika Donalda Trumpa.

Do podsumowania szczytu G7 w fortecy Taormina na Sycylii mógłbym skopiować z komentarza piątkowego tytuł „Prawa globalnej dżungli są bezwzględne”. Odnosiłem się do relacji Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki na podstawie obserwacji godzinnej wizyty prezydenta Donalda Trumpa w unijnych progach. Od czwartku do soboty nic się nie zmieniło, wszak obok USA w elitarnej G7 uczestniczyła unijna wielka czwórka (Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy) oraz reprezentacja instytucjonalna UE w osobach obu przewodniczących, Donalda Tuska i Jeana-Claude’a Junckera. Podmiotami z zewnątrz sporu byli premierzy Japonii i Kanady, ale w kwestiach najbardziej zapalnych trzymali front z ekipą europejską. Donald Trump pozycjonował się na samotnego bohatera westernu, ale nie tylko dreszczowca „W samo południe”, lecz także wersji bardziej komediowej „Jeden przeciw wszystkim”.

Dowodem plajty G7 w strategicznych kwestiach klimatu oraz handlu był brak wspólnej konferencji prasowej. Kanclerz Angela Merkel ograniczyła się do wypowiedzi, bez odpowiadania na niewygodne pytania. A Donald Trump uszedł z Taorminy do amerykańskiej bazy Sigonella i dopiero tam, wobec swojaków, żołnierzy i pracowników cywilnych, podsumował objazd Bliskiego Wschodu i Europy, akcentując trzymanie się lejtmotywu „America First”. Gospodarz szczytu, włoski premier Paolo Gentiloni, podsumował, że dyskusja G7 była „prawdziwa i bardziej intensywna niż przy innych takich okazjach”. W okrągłym języku dyplomatycznym oznacza to niezłą młóckę. Aż żal, że takie globalne debaty nie są transmitowane na cały świat…

Deklaracja G7 obejmuje 39 punktów, zatem obszarów zgodności formalnie znaleziono sporo. Najtwardszym konkretem jest potwierdzenie nielegalności zaboru Krymu przez Rosję, który jest nieodwracalny nie tylko dla Władimira Putina, lecz dla miażdżącej większości rosyjskiego społeczeństwa. Wynika z tego, że car Kremla nie doczeka się powrotu szczytów do formuły G8, pozostaje mu zastępczy udział w G20. Większość innych zapisów deklaracji wzniosła się na wysoki poziom ogólności, np. oczywista konieczność walki z terroryzmem.

Do ludzkiego tsunami odnosi się zdanie równie mądre, co puste: „Uznajemy, że zarządzanie napływem migrantów i jego kontrola, przy rozróżnieniu między uchodźcami i migrantami, wymaga zarówno pilnego, jak i dalekowzrocznego podejścia”. Najbardziej zdumiewa naiwność uczestników szczytu spoza USA, którzy rozjechali się z nadzieją, że może Donald Trump będzie przestrzegał postanowień uzgodnionej w Paryżu, a podpisanej w siedzibie ONZ umowy o przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. Prezydent taktycznie odczeka kilka dni i wypowie ten ratyfikowany już przez USA akt prawa międzynarodowego, uznawany przez niego za zbyt kosztowny.

Po Taorminie wielki problem ma Angela Merkel, która 7-8 lipca gości w Hamburgu szczyt G20. Przypomnę, że to G7 poszerzona o tuzin następnych wielkich, na czele z Chinami i Rosją. Wszystkie spory, w tym o protekcjonizm handlowy, zostaną w Hamburgu zwielokrotnione proporcjonalnie do liczby uczestników. A Donald Trump, już po ogłoszeniu fatalnej dla ziemskiej atmosfery decyzji klimatycznej, będzie westernowym nie samotnikiem, lecz czarnym charakterem…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski