Gminy nie miały czasu na obronę

Nieochrona przyrody – jak doszło do uchwalenia szkodliwej dla środowiska ustawy? Wróćmy do słynnego, przedświątecznego posiedzenia Sejmu.

Pixaby CC0 Public Domain

Wywołująca powszechną krytykę społeczną liberalizacja ustawy o ochronie przyrody jest fatalnym produktem pamiętnego kadłubowego posiedzenia Sejmu z 16 grudnia 2016 r. w Sali Kolumnowej. Wtedy uwaga społeczeństwa i mediów skoncentrowała się na trybie uchwalenia budżetu na 2017 r., co na tych łamach skomentowałem pod tytułem „Owoc gwałtu na procedurze”. Nowela umożliwiająca wycinkę drzew przyjęta została jednak zwyczajnie — odrzucono kolejno dwa wnioski mniejszości, a ustawa przeszła stosunkiem 236:0, przy 224 nieobecnych. Obecnie prezes Jarosław Kaczyński okazuje się… przeciwnikiem nieograniczonej wycinki, zarządza wprowadzenie poprawek i grzmi, że „w tym prawie widać lobbing”.

Prace nad nowelizacją prowadziło od początku 2016 r. Ministerstwo Środowiska (MŚ). Poprzednie przepisy ochrony zadrzewień i zakrzewień — przewidujące zezwolenia na wycinkę, naliczanie opłat oraz nakładanie kar pieniężnych za samowolę — obowiązywały jednolicie w całym kraju. A zatem nie uwzględniały poziomu pokrycia konkretnej gminy drzewami i krzewami, jej charakteru miejskiego/wiejskiego, etc. Teoretycznie sensownym ratio legis było przeniesienie całości kompetencji na poziom gminy, aby to akt prawa miejscowego ustalał zasady regulowane dotychczas centralnie. Co bardzo ważne — trzymiesięczne vacatio legis miało dać gminom czas na podjęcie ochronnych uchwał.

Wokół konsultowanego publicznie projektu MŚ zapadła cisza, ale w końcówce 2016 r. nastąpił ciąg wydarzeń szokujących. 7 grudnia wpłynął projekt posłów PiS, będący fragmentem ministerialnego, koncentrujący się tylko na wycince. Natychmiast skierowany został do pierwszego czytania w… komisji, co nastąpiło 14 grudnia. Potem 15 grudnia drugie czytanie i 16 grudnia głosowanie. Co najważniejsze — z terminem wejścia w życie już od 1 stycznia 2017 r.! Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, niedopuszczalne jest takie wymuszanie przez Sejm skrócenia terminów na Senacie (przysługuje mu 30 dni) i prezydencie (ma na podpis 21 dni). Ponieważ jednak o wszystkim decyduje prezes, nie było problemu — Senat wyrok na drzewa klepnął 20 grudnia, prezydent wykonał usługę podpisową 28 grudnia, publikacja nastąpiła 30 grudnia, a wejście w życie — 1 stycznia 2017 r. Nawet gdyby gminy stanęły na rzęsach i niezwłocznie podjęły uchwały, to — uwzględniając procedury — z samej istoty ustawy co najmniej przez styczeń panowałaby wyrębowa bezkarność.

Władcy kraju bronią się, że tylko umożliwili właścicielom nieruchomości dysponowanie ich zasobami.

Liberalizacja dotyczy przecież „drzew lub krzewów, które rosną na nieruchomościach stanowiących własność osób fizycznych i są usuwane na cele niezwiązane z prowadzeniem działalności gospodarczej”. W całym kraju ruszyła jednak, wstrzymywana ze względu na opłaty, wycinka na działkach od dawna upatrzonych przez deweloperów, inwestorów obiektów handlowych etc. Natychmiast po ogołoceniu działki sprzedający może stawić się u notariusza z komercyjnym nabywcą, który nie ponosi żadnych opłat za wycięte dla niego drzewa. Przeforsowana w anormalnym trybie fatalna ustawa, której najbardziej szkodliwym elementem jest termin wejścia w życie, to akademicki przykład legislacyjnego zła. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski