Groźny pomruk suwerena

Wśród miesięcy, których nazwy bywają pisane wielką literą — ze względu na odniesienia historyczne — polski Grudzień ustępuje jedynie Sierpniowi. Obecnej władzy obchody rocznicy stanu wojennego z 1981 r. oraz stoczniowej tragedii z 1970 r. wydawały się wizerunkowym samograjem. Dlatego taki szok u niej wywołał rozwój piątkowych wypadków w Sejmie — paraliż izby tuż po przyjęciu przez aklamację rocznicowej uchwały. Świat obiegły obrazy zablokowania sali obrad przez opozycję, a także ewakuacji premier Beaty Szydło i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, wydostających się w środku nocy z gmachu przy Wiejskiej dzięki przebiciu przez policję korytarza w szeregach blokującego alejki suwerena.

Przyczyna sparaliżowania Sejmu — akurat podczas uchwalania budżetu, czyli jedynej ustawy opisanej proceduralnie w Konstytucji RP — od roku jest niezmienna. Partia, która 25 października 2015 r. demokratycznie wygrała wybory parlamentarne, ale do Sejmu zebrała niecałe 18,7 proc. głosów uprawnionych Polaków i wyłącznie dzięki rozkładowi głosów na inne listy (o włos odpadła koalicyjna Zjednoczona Lewica oraz Korwin) zdobyła w Sejmie niewyobrażalną w III RP większość bezwzględną — przyznała sobie prawo do 100-procentowego zawłaszczania każdej dziedziny życia publicznego. Realizuje doktrynę zarządzania przez konflikt, regularnie wsadzając sama siebie na polityczno-decyzyjne miny.

Najnowsze podłożył marszałek Marek Kuchciński, zaostrzając w Sejmie decyzyjny kurs. Zapalnikiem piątkowej eksplozji stał się projekt reorganizacji pracy mediów, obiektywnie będący mieszanką różnych pomysłów. Znakomitym jest np. zaaranżowanie w holu głównym stałego studia telewizyjnego dla wszystkich stacji, co uporządkowałoby kamerową wolnoamerykankę. Na drugim biegunie sytuuje się haniebny zakaz nagrywania własnym sprzętem, nawet mikroskopijnym, obrad Sejmu przez dziennikarzy siedzących na galerii. Od soboty jednak władcy wystraszeni reakcją mediów, także mocno PiS-owskich, zapowiedzieli wycofanie się z najgłupszych pomysłów i rysuje się szansa na kompromis.

Zawleczkę marszałek wyciągnął zaś bezpodstawnym usunięciem z obrad Michała Szczerby. Poseł PO jak najbardziej merytorycznie i grzecznie odnosił się do właśnie głosowanego 3. wniosku mniejszości — o dopisaniu 340 mln zł do VAT i przeznaczeniu tej kwoty na salę koncertową orkiestry Sinfonia Varsovia. Wniosek przepadł 60:201 przy 3 wstrzymujących się, ale za wypowiedzenie słów (podaję za stenogramem) „Ta poprawka dotyczy budowy centrum muzyki” został kilka sekund później wykluczony w trybie art. 175 ust. 5 regulaminu. Głosami PiS decyzję tę poparła 9:8 komisja regulaminowa, a prezydium Sejmu (instancja odwoławcza) tematu… w ogóle nie podjęło. Porównanie nagrania incydentu z nagraniami dotychczasowych (bardzo wyjątkowych) wykluczeń z obrad, a także setek całkowicie bezkarnych występów posłów na mównicy prowadzi do jedynego wniosku: poddenerwowany wcześniejszymi wystąpieniami opozycji marszałek potraktował niewinnego posła jako kozła ofiarnego. Absolutnie wszystko, co wydarzyło się na sali obrad Sejmu później — było wybuchem granatu po wyciągnięciu przez Marka Kuchcińskiego zawleczki.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski