Innowacyjność na dalekim horyzoncie

Wczorajszy szczyt premierów V4 w Warszawie wreszcie obejmował nie tylko wątek sprzeciwu lub ogólników o reformowaniu UE, lecz stworzenia czegoś pozytywnego.

Przepraszając Beatę Szydło za głosowanie 9 marca za przedłużeniem stanowiska Donaldowi Tuskowi, premier Viktor Orbán tłumaczył, że postąpił zgodnie z ustaleniami chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej.

Sprawując roczną prezydencję Grupy Wyszehradzkiej (z angielska V4), rząd Polski uznał za absolutny priorytet aktywizację owego nieformalnego tworu, który powstał w 1991 r. dla koordynowania drogi Polski, Czechosłowacji (od 1993 r. rozdzielonej na Czechy i Słowację) i Węgier do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Po spełnieniu obu tych celów, od 2004 r. wciąż powracało pytanie, czy drzemiąca V4 ma jeszcze jakiś sens, skoro wszyscy udziałowcy stali się jako odrębne podmioty stronami traktatów — najpierw NATO-wskiego, a potem unijnych. Jedyną sformalizowaną instytucją V4 jest składkowy Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki (IVF).

Rządowi PiS wręcz z nieba spadło przejęcie 1 lipca 2016 r. rotacyjnej prezydencji V4. Dotychczas państwo koordynujące grupę w ciągu roku organizowało jeden kurtuazyjny szczyt prezydencki oraz najwyżej dwa robocze premierowskie. Tymczasem dla tzw. dobrej zmiany V4 stała się idealnym narzędziem do roztaczania miraży międzynarodowej potęgi oraz tworzenia ośrodka może nie opozycji, ale alternatywnej ścieżki politycznej wewnątrz UE. Ciekawe, że w NATO analogiczne zjawisko nie występuje. Tylko w marcu premierzy V4 spotkali się w Warszawie aż dwa razy, a do 30 czerwca odbędzie się jeszcze jeden szczyt — ale rzeczywiście ciekawy, bo zaproszony jest cały Beneluks. Jak wiadomo, Belgia, Holandia i Luksemburg — należące do twardego jądra założycieli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej z 1957 r. — mają na przyszłość UE zupełnie inne poglądy niż zwłaszcza rządy Polski i Węgier. Od 1 lipca pałeczkę koordynatora V4 przejmuje premier Viktor Orbán, zatem znaczenie czerwcowego starcia opinii dwóch terytorialnych grup nie osłabnie.

Państwa wyszehradzkie dzieli tak wiele, że jedynym realnym iloczynem ich zbiorów jest… sprzeciw wobec przyjmowania imigrantów. W wielu innych obszarach polityka członków V4 różni się bardzo, szczególnie dotycząca poziomu energetycznego powiązania z Rosją. Ostatnio spektakularnym ciosem, jaki Beata Szydło otrzymała od trzech kolegów, było zaakceptowanie przez nich oczywistego odnowienia mandatu Donalda Tuska na czele Rady Europejskiej. W tym kontekście naprawdę z uwagą należy odnotować, że wczorajszy szczyt premierów V4 w Warszawie wreszcie obejmował nie tylko wątek sprzeciwu lub ogólników o reformowaniu UE, lecz stworzenia czegoś pozytywnego. Goszcząc na Kongresie Innowatorów Europy Środkowej i Wschodniej, szefowie rządów podpisali intencyjną Deklarację Warszawską o wspieraniu w V4 start-upów, konkurencyjności oraz transformacji cyfrowej. Od razu nasuwa się pytanie o źródła finansowania tego programu. Jako główne zapisano fundusze unijne, ale na tej ścieżce V4 nie jest przecież podmiotem, obowiązują standardowe rozliczenia poszczególnych stolic z Komisją Europejską. Sygnatariusze sami mogą jedynie dorzucić coś z krajowych budżetów do IVF.

Generalny wniosek z kongresu brzmi: państwa V4 są kreatywne, ale nie innowacyjne. Odległość między obiema kategoriami doskonale opisuje fraza, którą wypowiedział Neil Armstrong jako pierwszy ziemianin na Księżycu: „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Według urzędowego optymizmu władzy — wystarczy wysiłek z pierwszego członu zdania. Naprawdę zaś V4 do światowego poziomu innowacyjności musi wykonać gigantyczny skok.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski