Jak nie drzwiami, to oknami

Rezolucje przyjmowane przez Parlament Europejski w procedurze nielegislacyjnej znaczą prawnie tyle, ile np. w naszym Sejmie czy Senacie rozmaite uchwały rocznicowe — czyli zero. Mają jednak istotne znaczenie polityczno-wizerunkowe. Od roku zyskały w Polsce dodatkowy kontekst — obecni władcy kraju oceniają rezolucje w zależności od tego, jak głosują europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Gdy PE uznał 15 września, że „paraliż Trybunału Konstytucyjnego zagraża demokracji, prawom podstawowym oraz rządom prawa w Polsce” i zafrasował się tzw. dobrą zmianą w publicznych mediach, prokuraturze, służbie cywilnej etc. — okazał się oczywiście wrogiem PiS. Notabene ową wrażą rezolucję przyjęto wyjątkowo zdecydowanym, jak na obyczaje spolaryzowanego PE, stosunkiem głosów 510:160, przy 29 wstrzymujących się i 52 nieobecnych.

European_Parliament_Strasbourg_Hemicycle_-_Diliff

Fot. Diliff (CC BY-SA 3.0, GFDL ), via Wikimedia Commons

Wczoraj PE przyjął jednak rezolucję odnotowaną ciepło nawet w finansowanych z abonamentu mediach usługowych wobec władzy. Ważna była okoliczność, że obowiązki sprawozdawcy przypadły Annie Fotydze, europosłance PiS. Poza tym z polskiego punktu widzenia rezolucja obiektywnie jest bardzo prawidłowa. PE uznał za konieczne ostrzeżenie… Unii Europejskiej przed skutecznością propagandy zarówno Rosji, jak i islamistycznych grup terrorystycznych. Deputowani zalecili aktywne przeciwdziałanie wrogim kampaniom dezinformacyjnym, prowadzonym przede wszystkim w obszarze internetu. Charakterystyczne były wyniki głosowania — rezolucja przeszła większością zwykłą 304:179, przy aż 208 wstrzymujących się i 60 nieobecnych — zatem daleko jej było do progu bezwzględnego 376 głosów. Zachowawczość europosłów dotyczyła wątku nie islamskiego, lecz rosyjskiego — tezy, że Kreml popiera w UE siły rozbijackie, w szczególności partie skrajnie prawicowe i ruchy populistyczne. Podczas głosowania odezwały się właśnie takie nożyce.

Skutkami ofensywy państwa islamskiego są krwawe i szokujące, ale jednak epizodyczne ataki terrorystyczne. W skuteczności na skalę państwową niedościgniona pozostaje propaganda rosyjska. Ostatnio UE musiała przełknąć dwie gorzkie porażki kandydatów proeuropejskich w wyborach prezydenckich. W Mołdawii prezydent Igor Dodon wygrał właśnie pod hasłem zbliżenia tej byłej radzieckiej republiki z Rosją. W związku z tym można spodziewać się wypadnięcia Mołdawii, w ślad za Armenią, z programu unijnego partnerstwa wschodniego i formalnego jej wejścia do Unii Euroazjatyckiej. Byłby to koniec mrzonek o eksporcie europejskich wartości na Wschód, a wciśnięty między Mołdawię a Ukrainę rosyjski lotniskowiec Naddniestrze stałby się narzędziem wzmożenia agresji Kremla. Grożące destabilizacji w basenie Morza Czarnego jest również zdobycie prezydentury Bułgarii przez „czerwonego generała” Rumena Radewa, czego następstwem będzie także zmiana rządu. Państwo należy do UE i NATO, ale duchowo, kulturowo i religijnie Bułgaria pozostaje od XIX wieku bardzo bliska Rosji.

Mimo rezolucji PE unijna klasa polityczna generalnie nie przejmuje się prorosyjskim wahnięciem na wschodnich rubieżach. Przecież Komisja Europejska poparła zwiększenie odbioru gazu rosyjskiego z bałtyckiej rury Nord Stream 1. Drugą nitkę Gazprom musi trochę odsunąć w czasie, ale na nią też przyjdzie kolej… © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski