Kanclerz nam bliska, bo z NRD

Prezes Jarosław Kaczyński nigdy w życiu, również podczas premierostwa w latach 2006–07, nie był na szczycie Rady Europejskiej. A zatem realnie nie ma zielonego pojęcia o mechanizmach decyzyjnych, zna je tylko z opowieści.

Angela Merkel kanclerzem RFN jest nieprzerwanie od 2005 r. W tym okresie po stronie polskiej Beata Szydło jest piątym już premierem.

Składająca w Warszawie wizytę Angela Merkel urodziła się w 1954 r. w Hamburgu, ale po objęciu przez ojca pastora nowej parafii wychowała się w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Młodość zeszła jej na rozdrożu między protestancką konfirmacją a komunistycznym ślubowaniem w FDJ (Freie Deutsche Jugend — Wolna Młodzież Niemiecka), gdzie pełniła funkcję sekretarza ds. agitacji i propagandy. Pierwszy wyjazd zagraniczny — na geograficzny Wschód, czyli do Polski — był dla „Angie” mentalnie bytnością na Zachodzie. Do Bundestagu kandyduje z okręgu na Rugii, blisko granicy niemiecko-polskiej oraz Szczecina, zaś w kanclerskim gabinecie patrzy na portret wywodzącej się z tegoż miasta… carycy Katarzyny II.

Do czterech razy sztuka

Korzenie ideowe najpotężniejszej kobiety świata przypominam nieprzypadkowo, albowiem wizyta kanclerz federalnej odbywa się w okresie szczególnym — 24 września rozstrzygnie się jej ewentualna czwarta kadencja. W minionym ćwierćwieczu Polska i Niemcy gospodarczo wręcz się skleiły, co przypominamy w danych liczbowych poniżej. Notabene fenomenem tych relacji jest… nadwyżka Polski w dwustronnych obrotach. Gospodarka niemiecka strukturalnie została przecież zorientowana na eksport, zatem nasze saldo dowodzi, że zdominowany przez małe i średnie przedsiębiorstwa biznes polski idealnie wpasował się w rynkowe nisze. Polska należy do Unii Europejskiej od 1 maja 2004 r., a Angela Merkel objęła urząd w listopadzie 2005 r. Czyli przez większość okresu polskiego członkostwa kierowała rządem za Odrą i Nysą, gdy u nas premier Beata Szydło jest dla pani kanclerz partnerem już piątym. Niemieckimi wprowadzającymi Polskę do UE byli rządzący w obu państwach socjaldemokraci/socjaliści. Późniejszy dynamiczny rozwój współpracy potwierdził, że gospodarka jest już rozpędzonym kołem, chociaż czasami podskakującym na wertepach politycznych. W tej sferze Niemcy różnią się od Polski okolicznością, że dwie ostro rywalizujące główne siły muszą się z konieczności dogadywać. W swojej pierwszej kadencji 2005-09 Angela Merkel kierowała rozsądkową wielką koalicją CDU/CSU z SPD. W kolejnych wyborach, po globalnym kryzysie, poszło lepiej liberałom i w kadencji 2009-13 rządziła bliższa sobie spółka CDU/CSU z FDP. Mniejszy partner okazał się jednak chadecką przystawką i cztery lata temu przeżył szok wyeliminowania z Bundestagu, dlatego na kadencję 2013–17 znowu zawarty został trudny mariaż CDU/CSU z SPD. Przed 24 września sondaże podpowiadają, że oba bloki znowu uzyskają zbliżone wyniki. Kanclerzem federalnym zostanie szef partii, która zdobędzie ciut więcej mandatów. Po objęciu sterów SPD przez ostrego Martina Schulza, w kampanii wyborczej mającego komfort nieobciążenia żadną funkcją rządową, jego parcie do władzy to wcale nie mrzonki. Dla 63-letniej Angeli Merkel liczy się wyłącznie fotel główny, zepchnięcie np. na wicekanclerza i szefa MSZ nie wchodzi w grę, dlatego drugie miejsce CDU/CSU oznaczałoby automatycznie jej odejście na polityczną emeryturę. Oczywiście po taką perłę do rady nadzorczej wielkie niemieckie koncerny natychmiast ustawiłyby się w kolejce… Niemiecki kalendarz wyborczy rozmija się z polskim. U nas zarówno prezydencka kadencja 2015-20, jak i parlamentarna 2015-19 przebiegają stabilnie. Z socjaldemokratycznym prezydentem Frankiem-Walterem Steinmeierem już za chwilę oraz z nieznanym kanclerzem od jesieni obecni władcy Polski będą współpracować. Jednak zwycięstwo głośnego PiS-ożercy Martina Schulza spowodowałoby, że wspomniane wcześniej wertepy na pewno będą bardziej wyboiste. Dlatego bez względu na krytykę Angeli Merkel np. za otwarcie Niemiec wobec uchodźców — o wynikach wyborów generalnie myśli się w Polsce zgodnie z filozofią, że „lubimy stare piosenki”.

Co oczywiście nie przesłania strategicznych różnic, choćby w postrzeganiu gazociągów bałtyckich. Z punktu widzenia rządu Niemiec, każdego, wlot rosyjskiego gazu zarówno przez Odrę bramką z Polski lądowego gazociągu jamalskiego (który zatrzymał się na jednej nitce), jak też przez nadmorski terminal w Greifswaldzie z bałtyckiego Nord Stream 1 oraz jego projektowanej drugiej nitki — to wszystko jedno. Teoretycznie byłoby tak i dla nas, gdyby nie realne zagrożenie, że lądowy Jamał może stać się rurą pustą…

Traktaty to puszka Pandory

Za niecałe dwa miesiące, 25 marca, europejska wspólnota będzie obchodziła 60. rocznicę traktatów założycielskich. I brukselska eurokracja, i państwa członkowskie UE zdają sobie sprawę, że te diamentowe gody powinny stać się impulsem rozwojowym, realnym szarpnięciem do przodu. Tyle że w praktyce wszyscy rozumieją to przesłanie inaczej. Na przykład u nas Jarosław Kaczyński forsuje ideę zmiany traktatów unijnych. Notabene wszechwładny w kraju prezes nigdy w życiu, również podczas premierostwa w latach 2006–07, nie był w Brukseli na standardowym szczycie Rady Europejskiej (RE) — wtedy scedował to na prezydenckiego brata Lecha. Pojechał jedynie raz do Helsinek na mające zupełnie inny charakter unijno-azjatyckie spotkanie ASEM. A zatem realnie nie ma zielonego pojęcia o mechanizmach decyzyjnych na szczytach RE, zna je tylko z opowieści. Premier Beata Szydło już wszystko od podszewki poznała, ale musi powtarzać za szefem. W politycznych mrzonkach traktatowych PiS nie ma do tej pory żadnych konkretów, poza jedynym — wyrwaniem kompetencji Parlamentowi Europejskiemu i zwiększeniem legislacyjnych wpływów parlamentów narodowych. Wizyta Angeli Merkel to idealna okazja do schłodzenia polskich gorących głów. W obecnej sytuacji UE rewizja traktatów w ogóle nie wchodzi w grę, ponieważ byłaby otwarciem puszki Pandory, uderzającym negatywnie także w Polskę. Nośne hasło „mniej władzy dla Strasburga i Brukseli” natychmiast znalazłoby odzew „osobny budżet dla Eurolandu”. Instytucjonalizacja nie tyle UE dwóch prędkości, ile stref walutowo-gospodarczych wyrzuciłaby Polskę na margines.

Reelekcja to oczywistość

Nieuchronnym tematem rozmów w Warszawie będzie reelekcja Donalda Tuska. Wprowadzając stały urząd przewodniczącego RE (poprzednio rotacyjnie kierował obradami prezydent/premier państwa sprawującego prezydencję), traktat z Lizbony z ostrożności podzielił 5-letnią kadencję na dwie połówki. Dotychczas ta procedura została sprawdzona tylko raz. Reelekcja sprawnego belgijskiego administratora Hermana van Rompuya nastąpiła niemal automatycznie, w trybie obiegowym. Tym razem sytuacja jest trochę inna, albowiem kandydat okazuje się wraży dla… rządu jego kraju. Wspomniany już prezes, a za nim wielogłosowy dwór, wielokrotnie deklarował, że Donald Tusk nadal na czele RE jest nie do przyjęcia. Gdyby jednak argumenty krytyczne wyżąć z prywatnej fobii, to suchego zostaje niewiele. Tymczasem dla prezydentów/premierów pozostałych 27 państw wyłącznym kryterium za/przeciw przedłużeniu Donaldowi Tuskowi mandatu jest jego sprawdzanie/niesprawdzanie się przez pierwsze 2,5 roku jako organizatora prac RE. Dlatego wypada wyrazić nadzieję, że rozmowy Angeli Merkel w sprawie RE skoncentrują się na wspomnianych wątkach. A nie na takich, że były premier zrobił w Brukseli za mało dla swojego kraju (dla eurokracji to akurat zaleta!), że ogólnie jest rudy i brzydki, że w 2010 r. poleciał do Smoleńska bez Lecha Kaczyńskiego o trzy dni za wcześnie etc., etc. Takie niedorzeczności nikogo w UE naprawdę nie obchodzą. Podobnie jak np. obciążanie przewodniczącego RE za… brexit, który jest przecież autorskim dziełem premiera Davida Camerona. Dlatego gdy Europejska Partia Ludowa, czyli międzynarodówka chadecka, oficjalnie potwierdzi kandydaturę Donalda Tuska — a stanie się tak do najbliższego planowego szczytu RE 8-10 marca — to rząd PiS będzie miał tylko dwa wyjścia: poprzeć lub zostać osamotnionym niczym unijny kołek. Bo np. dla chadeckiego premiera Viktora Orbána akceptacja kandydatury Donalda Tuska to — cytując klasyka — oczywista oczywistość… © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski