Każdy czyta to, co mu pasuje

Podpisano ozdobny dokument jubileuszowy, w którym trudniejsze miejsca zostały tak wyszlifowane, by dla wszystkich sygnatariuszy tekst był akceptowalny.

Deklaracja podpisana przez unijnych prezydentów i premierów w sobotę na rzymskim Kapitolu — w tej samej sali Horacjuszy i Kuracjuszy, w której 25 marca 1957 r. podpisano traktaty założycielskie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej oraz Europejskiej Wspólnoty Energii Atomowej, ba, nawet tym samym piórem — nie ma żadnego znaczenia prawnego. To ozdobny dokument jubileuszowy, w którym trudniejsze miejsca zostały tak wyszlifowane, by dla wszystkich sygnatariuszy tekst był akceptowalny. Szczytność celów UE odpowiada nijakości środków do ich osiągnięcia. Notabene dekadę temu, w 50. rocznicę traktatów, przyjęta została podobna deklaracja. Zaskakujący rozwój wydarzeń sprawił, że stała się makulaturą.

Naturalne jest pytanie, jak obecna deklaracja może przełożyć się na życie obywateli UE. Bezpośrednio nijak, ale dalekosiężnie i symbolicznie — owszem. W Rzymie dość powszechnie występuje napis SPQR. W starożytności był to odpowiednik godła państwowego, skrót dewizy „Senātus Populusque Rōmānus” (Senat i Lud Rzymski). Egalitarna filozofia SPQR odciska się zarówno na starych pomnikach cezarów, jak i na… współczesnych pokrywach do włazów kanalizacyjnych. W sobotę suweren przypomniał wyizolowanym na Kapitolu władcom o swoim istnieniu w sześciu demonstracjach, które z jednej strony żądały federalizacji UE, a z drugiej — przedstawiały walutę euro jako kajdany pętające kontynent.

Podpisanie wzniesionej na maksymalny pułap ogólności deklaracji przez komplet uczestników szczytu było oczywistością. Trudno pojąć, po co premier Beata Szydło nakręcała na użytek krajowy napięcie, uzależniając podpis od… spełnienia polskich postulatów. Wydawało się, że władza jednak pojęła, iż klęską 1:27 na poprzednim szczycie Rady Europejskiej wyczerpała limit międzynarodowego wstydu. Notabene poprawki do deklaracji najbardziej zdecydowanie obecnie wnosił Aleksis Tsipras, premier zdołowanej kryzysem Grecji. Natomiast zdecydowana większość postulatów naszego rządu, przyjętych jako „wkład do deklaracji rzymskiej” 2 marca w Warszawie przez Grupę Wyszehradzką, i tak znajdowała się w projekcie. Wyważaniem dawno otwartych drzwi było np. domaganie się utrzymania czterech swobód jednolitego rynku czy współpracy obronnej UE z NATO.

Jedyny polski postulat oryginalny to idea umocnienia parlamentów narodowych. Proponuję porównać dwie wersje. We wkładzie warszawskim brzmiało to tak: „Należy przyznać bardziej istotną i definitywną rolę parlamentom narodowym, które konsekwentnie wpływają na zwiększenie legitymacji procesu decyzyjnego UE”. W deklaracji rzymskiej znalazł się natomiast taki ogólnik: „Zobowiązujemy się wsłuchiwać w obawy wyrażane przez naszych obywateli i reagować na nie; będziemy także współpracować z naszymi parlamentami narodowymi”. Absolutnie nie ma tu mowy o żadnej definitywności, możliwa jest tylko enigmatyczna „współpraca”. Prawnie znaczy to tyle, że zgodnie z ratyfikowanymi przez Polskę traktatami Sejm i Senat mają nadal obowiązek wdrażania prawa stanowionego przez Parlament Europejski i ministerialną Radę UE (to druga izba legislacyjna). Taki jest fundament unijnej jedności, którą w tylu językach odmieniano na Kapitolu.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski