Kością niezgody ochrona klimatu

Szczyty G20 mogą być organizowane tylko na obronnych wyspach, ewentualnie na luksusowych wycieczkowcach, otoczonych flotą wojenną.

Mimo długich przygotowań do szczytu w Hamburgu zdecydowanie zawiodła policyjna prewencja, a wydarzenia wymknęły się spod kontroli.

Wszystkim się zdawało, że Trump mówi jeszcze, a to echo grało… To zapożyczenie z „Pana Tadeusza”, odniesione do czwartkowego przemówienia prezydenta USA na placu Krasińskich, jest jak najbardziej zasadne. Przez cały weekend propaganda władzy upajała się nim ponad miarę społecznej wytrzymałości. Rzecz jasna od czasów szlacheckich nastąpił skok technologiczny. Natenczas Wojski chwycił swój róg bawoli, natomiast Donald Trump czytał tekst z podwójnego promptera, umożliwiającego mu swobodne zwracanie głowy w lewo i prawo, co stwarzało fikcję mówienia bez kartki.

W przekazie międzynarodowym warszawski epizod żył kilka godzin i został całkowicie przykryty szczytem G20.

To zjawisko naturalne, wszak globalny Hamburg był już od stycznia wyznaczonym na 7-8 lipca celem podróży Donalda Trumpa, który na lokalne międzylądowanie u nas zdecydował się bardzo późno, dopiero pod wpływem przebiegu szczytu G7 w Taorminie. Odrębnym wątkiem zbiórki w Hamburgu stały się protesty antyglobalistów, które przerodziły się w chuligańską wojnę z policją. Wychodzi na to, że szczyty G20 mogą być organizowane tylko na obronnych wyspach, ewentualnie na luksusowych wycieczkowcach, otoczonych flotą wojenną. Niemieckie służby już w 2015 r. przy okazji szczytu G7 poznały determinację antyglobalistów w Garmisch-Partenkirchen, ale tamte zajścia były pikusiem wobec ich ostrości w Hamburgu.

Na podstawie Taorminy można było bez pudła obstawiać, że merytoryczny dorobek Hamburga okaże się miałki. I tak się stało. Zgoda co do walki z islamskim terroryzmem jest przecież oczywistością także dla muzułmańskich członków G20 — Arabii Saudyjskiej, Indonezji czy Turcji. W sprawie handlu gospodyni Angeli Merkel udało się sklecić kompromisowy zapis, z którego nic nie wynika. Potwierdzono otwartość rynków i sprzeciw wobec protekcjonizmu, ale zarazem prawo do tzw. instrumentów obrony, co było warunkiem zaakceptowania konkluzji przez Donalda Trumpa. W sprawie ochrony klimatu natomiast fiasko zostało oficjalnie potwierdzone. G20 musiała w konkluzjach przyjąć do wiadomości wypowiedzenie przez prezydenta USA ratyfikowanego już przez Kongres porozumienia paryskiego z 2015 r. Z polskiego punktu widzenia istotne znaczenie ma wstawienie kilku słów o perspektywie czystego wykorzystywania kopalnych źródeł energii.

Przyjęty u nas z czołobitnością Donald Trump w sprawie ochrony klimatu nie tyle przegrał 1:19, ile pozostał osamotniony. Taki wynik automatycznie kojarzy się z 1:27 w sprawie reelekcji Donalda Tuska, ale obie jedynki mają zasadniczo różne znaczenie. Na unijnym szczycie premier Beata Szydło została znokautowana, natomiast Donald Trump czuje się zwycięzcą — amerykańska gospodarka pozostanie bezkarnym największym trucicielem atmosfery. Wypada przypomnieć, że do G20 należy 19 państw (pomijam zapraszane epizodycznie) oraz Unia Europejska. W jej imieniu postawę amerykańskiego prezydenta zgodnie napiętnowali Jean-Claude Juncker, szef ponadnarodowego gabinetu, oraz Donald Tusk, przewodzący izbie narodowych państw. A zatem 1/24 cząstką (odliczam z 28 karetę unijnych potentatów, uczestniczących w G20 samodzielnie) jego mocnej krytyki formalnie był także głos Polski…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski