Na koszulkę lidera trzeba zasłużyć

Unijny protokół szanuje głowy państw i prezydenci – których na szczytach w grupie blisko 30-sobowej jest tylko kilku – mają na familijnym zdjęciu uprzywilejowane miejsce centralnie w pierwszym rzędzie.

Sądząc po nieustających odniesieniach politycznych, sobotni uroczysty szczyt unijny w Rzymie będzie żył jeszcze długo. Paradoks polega na tym, że jego skutki prawne, a zatem np. finansowe czy gospodarcze, są zerowe, natomiast symboliczne — duże. W Polsce rząd wciąż nie może się pogodzić z klęską 1:27 poniesioną 9 marca na roboczym szczycie Rady Europejskiej (RE) w kwestii odnowienia mandatu Donalda Tuska. Minister Witold Waszczykowski popisał się tezą, że reelekcję przewodniczącego RE można zakwestionować… prawnie. To absurd za wielki nawet dla obozu władzy, odcięli się od niego przedstawiciel prezydenta Krzysztof Szczerski, wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański i rzecznik rządu Rafał Bochenek.

Generalnie Polska straciła w Rzymie pewną szansę poprawy wizerunku. Otóż szkoda, że na tę wyjątkową zbiórkę nie pojechał… prezydent Andrzej Duda. Konstytucyjnie jest „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej” oraz „reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych”. Oczywiście z drugiej strony to „Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną”. Dlatego jeszcze od epoki Lecha Wałęsy nastąpił podział — prezydent obstawia NATO, a premier unijną RE. Wszystko jednak jest względne, w okresie 2006-07 premier Jarosław Kaczyński oddał bratu Lechowi wszystko. Skutkiem był późniejszy spór z 2008 r. o unijne krzesło z Donaldem Tuskiem, ale potem podział kompetencyjny się ułożył. Jednak na Kapitolu nie odbył się standardowy szczyt RE z naturalnym udziałem szefa rządu, lecz symboliczna uroczystość.

Udział głowy państwa miałby kilka pozytywów. Po pierwsze — prestiżowo podniosłaby rangę przedstawicielską Polski. Po drugie — prezydent wreszcie miałby okazję osobiście poczuć atmosferę unijnego towarzystwa, szczyty NATO to nie to samo. Po trzecie — wymiana personalna polskiej reprezentacji pozwoliłaby trochę zapomnieć o wyniku 1:27. Po czwarte — naprawdę niebagatelne znaczenie ma, kto gdzie stoi na familijnym zdjęciu. Unijny protokół bardzo szanuje głowy państw i prezydenci — których w grupie blisko 30-osobowej jest tylko kilku — z urzędu mają uprzywilejowane miejsce centralnie w pierwszym rzędzie. Było to zawsze bardzo korzystne np. dla niewysokiego Lecha Kaczyńskiego. Premierzy są natomiast chowani w rzędzie drugim i po bokach, zgodnie ze stażem.

Premier Beata Szydło nieprzypadkowym wyborem żółtego żakietu mianowała się… liderem unijnego peletonu. Ale akurat w Rzymie odebrano to naprawdę fatalnie — czemu poświęcam podpis pod zdjęciem.

Fot. JAZ

KOLORYSTYCZNA WPADKA: Gdy Beata Szydło na Kapitolu ukazała się mediom po wyjściu z limuzyny, dominujący w międzynarodowej grupie dziennikarze włoscy byli wręcz zszokowani. W Wiecznym Mieście bowiem od czasów Renesansu żółte barwy przymusowo nosiły na ubraniach… no, lepiej nie kończyć.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski