Kto nie dostawał – nie dostanie

Wypłaty 500 zł trafiają do zaledwie 55 proc. dzieci, a pozostałe 45 proc. może tylko polizać cukierek przez szybkę telewizora.

FOT. Łukasz Dejnarowicz-Forum

Sztandarowy program rządowy Rodzina 500+ ma terminowy niefart wizerunkowy, jako że rok temu wszedł w życie akurat 1 kwietnia. Wypłaty ruszyły jednak bez posmaku primaaprilisowego i na razie utrzymywana jest ich płynność. Niewątpliwie cieniem nad perspektywą kosztownego programu kładzie się brak stabilnego, wieloletniego źródła finansowania — jest to po prostu wielomiliardowy wydatek budżetu pokrywany z corocznych dochodów bieżących.

Wtorkowe posiedzenie rządu podsumowało trwające przez cały weekend chwalebne obchody rocznicy. Istotą 500+ od samego początku jest filozofia szklanki do połowy pełnej i od połowy pustej. Według oficjalnych danych comiesięczne wypłaty 500 zł trafiają do zaledwie 55 proc. dzieci w wieku poniżej 18 lat, a pozostałe 45 proc. może tylko polizać cukierek przez szybkę telewizora. Przy czym jedynie część owych pechowców to jedynacy z rodzin o dochodach wykluczających z systemu. Większość tych pozbawionych prezentu od rządu PiS wychowuje się w rodzinach… wielodzietnych, będąc latoroślą drugą, trzecią, czwartą etc. Niestety, mają kalendarzowego pecha — starsze rodzeństwo pokończyło już 18 lat, zatem w rozumieniu ustawy najmłodsi okazali się… jedynakami!

Ze wszystkich ułomności prorodzinnego w założeniu programu to największa nieuczciwość i po prostu niegodziwość. Przecież te wielodzietne rodziny już dawno spełniły generalny cel programu i również powinny otrzymać choćby symboliczną pomoc na wychowanie najmłodszego dziecka. Ale nie dostaną i nadal będą odczuwały dyskryminację. Wczoraj po posiedzeniu rządu premier Beata Szydło i minister Elżbieta Rafalska zapowiedziały wyłącznie poprawki proceduralne, uszczelniające system.

Według propagandy władzy program Rodzina 500+ już zdążył odbić się pozytywnie na… ubiegłorocznej demografii. Tymczasem teza, że od 2 kwietnia 2016 r. zaczęły się w Polsce na potęgę skuteczne poczęcia, to przecież absurd. Faktycznie, 382,3 tys. urodzeń to na pewno trochę więcej niż 369,3 tys. w 2015 r. Ale są to czysto statystyczne drgnięcia na podobnym poziomie. Przecież przyrost urodzeń odnotowano np. w 2014 r. w porównaniu z 2013 r. — 375,2 tys. wobec 369,6 tys. Trzymając się konwencji absurdu, mogę postawić tezę, że tamten przyrost był następstwem skoku narodowego optymizmu związanego z… wyborem Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej.

W 2006 r., czyli w okresie uznawanym przez obecny rząd za świetlany, odnotowaliśmy 374,2 tys. urodzeń. A później nastąpiło zdecydowane odbicie w górę, do poziomu aż 417,6 tys. w 2009 r., gdy Polska nadspodziewanie dobrze radziła sobie z globalnym kryzysem finansowym. Przypominam liczby z niedawnej przeszłości na dowód, że na trendy demograficzne wpływa bardzo wiele czynników i z definicji należy je analizować w długim horyzoncie czasowym. W Polsce rekordowe, powyżej 700 tys. urodzeń, były ciężkie lata po stanie wojennym 1982-84. W XXI wiek weszliśmy natomiast na drugim biegunie, absolutnym dołkiem było 351,1 tys. urodzeń w 2003 r., ostatnim przez akcesją Polski do Unii Europejskiej. Generalnie efekt demograficzny programu 500+ będzie można ocenić najwcześniej za kilka lat.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski