Kuć brexit, póki gorący

Konserwatyści wnioskują o przedterminowe wybory 8 czerwca 2017 r. i mają w tej sprawie poparcie dwóch największych klubów opozycji.

Theresa May wprowadziła się na Downing Street 10 przejmując pałeczkę od Davida Camerona, ale chce potwierdzenia swego premierostwa w wyborach.

Przez wiele miesięcy politycy i obywatele Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (UK) oraz całej Unii Europejskiej (UE) niecierpliwie oczekiwali, kiedy premier Theresa May notyfikuje Donaldowi Tuskowi, przewodniczącemu Rady Europejskiej, wniosek o uruchomienie artykułu 50 unijnego traktatu. Licznik brexitu zaczął wreszcie tykać 29 marca. Bruksela i Londyn uzgodniły, że 31 marca 2019 r. to nieprzekraczalny termin formalnego rozwodu UE z UK. Raczej nie zostanie przedłużony, jako że na początku czerwca 2019 r. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i elekcja 73 deputowanych brytyjskich nawet na krótko byłaby już absurdem.

Wniosek, który wczoraj pani premier złożyła do Izby Gmin, nie był natomiast prawną koniecznością. Nie można go jednak uznać za polityczną niespodziankę, był spodziewany od przejęcia 13 lipca 2016 r. premierostwa przez Theresę May z rąk przegranego Davida Camerona. Konserwatyści wnioskują o przedterminowe wybory w czwartek 8 czerwca 2017 r. i co ważne — mają w tej sprawie poparcie dwóch największych klubów opozycji. Dlatego ustawa o skróceniu kadencji spokojnie zbierze w 650-osobowej Izbie Gmin co najmniej 2/3 głosów, czyli ponad 434. Wypada przypomnieć, że ostatnie wybory odbyły się 7 maja 2015 r., zatem kadencja zaplanowana do maja 2020 r. nie dotrwa nawet do połowy. Notabene skończyły się już czasy, gdy brytyjski premier w dowolnym momencie, uwzględniając pomyślne sondaże, wnioskował do monarchy o rozpisanie wyborów, co następowało automatycznie. Obecnie powodem skrócenia kadencji może być tylko skuteczne wotum nieufności wobec rządu albo przyjęcie ustawy kwalifikowaną większością podaną wyżej.

Powód poddania się przez Theresę May politycznej próbie jest oczywisty. Brexit to operacja o takim znaczeniu dla przyszłości UK, że szefowa rządu chce mieć silny mandat osobisty. Nie zamierza prowadzić ciężkich negocjacji secesyjnych z UE oraz funkcjonować przez cztery lata jako obsadzony przez rządzącą partię na dokończenie kadencji premier gorszego sortu. Kampanię wyborczą zamierza przekształcić w powtórne referendum i zdecydowanym zwycięstwem przekuć brexit w sukces, potwierdzając wynik głosowania z 23 czerwca 2016 r. Samodzielnie rządząca Partia Konserwatywna ma 330 mandatów, Partia Pracy — 232, a trzecia w kolejności Szkocka Partia Narodowa — 56. Na podstawie sondaży szefowa rządu liczy, że 8 czerwca nie tylko utrzyma większość bezwzględną, lecz dodatkowo wyrwie opozycji kilka mandatów.

We wszelkich kalkulacjach trzeba pamiętać o wybieraniu Izby Gmin w jednomandatowych okręgach (JOW) o stabilnych granicach. Szkoccy nacjonaliści ostatnio zdobyli niecałe 1,5 mln głosów, ale ich skoncentrowanie w konkretnych okręgach na terenie Szkocji dało im 56 mandatów. Liberalni demokraci zebrali 2,4 mln głosów, ale rozproszonych w całym kraju, co dało efekt klęski — zaledwie 8 mandatów. Ekstremalny był jednak przypadek Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) — przypisującej sobie triumf brexitu — która zebrała łącznie aż 3,9 mln głosów, ale zgodnie z mechanizmem JOW niemal wszystkie trafiły do kosza, dając UKIP… 1 mandat. Ten przykład wypada nieustająco dedykować Pawłowi Kukizowi.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski