Lekiem na niemoc – dialog rynkowy

W Berlinie mamy lokalizację ambasady najbardziej prestiżową wśród wszystkich polskich placówek na świecie.

Fot. Jacek Zalewski

Podczas posiedzenia Sejmu w przyszłym tygodniu wystartuje zespół parlamentarzystów PiS, który ma przygotować raport w sprawie wysokości odszkodowania należnego Polsce od Niemiec za drugą wojnę światową. Rozpoczynający kadencję Bundestag już ma opinię swoich prawników, że wszystko zostało rozliczone w czasach PRL. Zapowiada się zatem wieloletnia rozgrywka prawno-dyplomatyczna, ale już na jej starcie można obstawiać, że zakończy się protokołem rozbieżności.

Relacje Polski z największym partnerem gospodarczym są tak wielowątkowe, że spór o reparacje ich nie zakłóci. Przy tej okazji trudno jednak nie odnieść się do innego wątku symbolicznego, od dwóch dekad dołującego wizerunek Polski w oczach przeciętnego Niemca. A imię jego: Unter den Linden 70-72. To adres w Berlinie o rzut beretem od Bramy Brandenburskiej. Pusta obecnie działka polskiej ambasady przyznana została jeszcze PRL przez bratnią NRD w 1964 r. Tuż obok znajdują się ambasady mocarstw atomowych: stalinowski gmach Rosji oraz nowoczesne placówki USA, Wielkiej Brytanii i Francji, wzniesione po zjednoczeniu Niemiec w miejscach po rozebranym murze. W Berlinie mamy lokalizację najbardziej prestiżową wśród wszystkich polskich ambasad na świecie. Ale NRD-owski budynek typu Lipsk nie wytrzymał – azbest, dekapitalizacja itp. W 1999 r. ambasada została tymczasowo przeniesiona do willi po polskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim, która znakomicie nadaje się na rezydencję, ale nigdy na urząd dla 60-70 osób! Jednak jak każda prowizorka – ta okazuje się wieczna.

Działka przy Unter den Linden wyśrubowała rekord inwestycyjnej niemocy, z którym nie może się równać żadna wtopa krajowa. Martwy budynek przez 17 lat straszył berlińczyków i turystów z całego świata. Kolejne ekipy kilka razy zmieniały koncepcje, przybierały się do budowy, podawały terminy… Ostatni konkurs spośród 39 projektów wygrała w 2012 r. pracownia JEMS Architekci. Efektowny projekt fasadą dorównał ambasadom mocarstw, a co najważniejsze – wykorzystał głębokość bardzo cennej działki. Oprócz ambasady i konsulatu gmach miał pomieścić także Instytut Polski. Byłaby to strategiczna biało-czerwona wyspa w sercu berlińskiego morza. Już nowa ekipa tzw. dobrej zmiany w 2016 r. wreszcie rozebrała gmach widmo, postawiła budowlany płot, odkurzyła świetny projekt JEMS i rozpisała przetarg. Niestety, budżet MSZ nierealistycznie przeznaczył na budowę 160 mln zł, gdy najniższa oferta opiewała na 247 mln zł. Dlatego w listopadzie 2016 r. przetarg został unieważniony.

Najnowszym pomysłem MSZ na budowę jest partnerstwo publiczno-prywatne. W czerwcu 2017 r. otwarty został dialog rynkowy. Konkursowy projekt poszedł do kosza, część dyplomatyczna miałaby zostać istotnie zmniejszona, a na działkę zostałby wpuszczony podmiot komercyjny. Ciekawe, że to pomysł idący wbrew generalnemu kursowi politycznemu PiS na polonizację wszystkiego co ważne. Przecież hipotetyczny partner inwestycyjny będzie zapewne niemiecki. A może zrzutkę na wspólną placówkę biznesową zrobiłyby spółki skarbu państwa pod firmą Polskiej Fundacji Narodowej? Na pewno byłyby to pieniądze ulokowane lepiej, niż na żenującą billboardową nagonkę na polskie sądownictwo…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski