Międzylądowanie przed ciężkim szczytem G20

To będzie już czternasta bytność urzędującego prezydenta USA w Polsce, od 45 lat zawitali wszyscy poza Ronaldem Reaganem (przyjechał jako już były).

FOT. Piotr Molęcki/Forum

Zgodnie z filozofią „America First” prezydent Donald Trump najchętniej nie opuszczałby terytorium USA, a dokładniej — kapiącego złotem apartamentu w Trump Tower przy Piątej Alei. Niestety dla niego, urząd „prezydenta świata” wymaga nie tylko przyjmowania kłopotliwych gości w Białym Domu, lecz także wyjazdów na zaplanowane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem szczyty NATO oraz takich bytów jak G7 czy G20.

Notabene, okoliczność, że obie różniące się wyłącznie liczbą udziałowców grupy funkcjonują odrębnie, wywołuje zasadnąirytację Donalda Trumpa. Przewodzące rotacyjnie G7 Włochy niedawno ściągnęły go na Sycylię, a teraz na G20 wzywają go 7-8 lipca Niemcy. Taormina skończyła się klimatyczną oraz handlową kłótnią, która kontynuowana będzie w Hamburgu. Prezydenta USA ma zamiar „przeczołgać”, z jednej strony, gospodyni Angela Merkel, z drugiej Władimir Putin, z trzeciej — chiński przewodniczący Xi Jinping…

Podróże lokatora Białego Domu za oceany są gigantycznymi przedsięwzięciami pod względem logistyki i bezpieczeństwa. Air Force One zawsze oblatuje kilka bliskich sobie punktów, a terminy wizyt są zgrywane. I właśnie takim eventem będzie wpadnięcie Donalda Trumpa 6 lipca do Warszawy. To już czternasta bytność urzędującego prezydenta USA w Polsce, od 45 lat zawitali wszyscy poza Ronaldem Reaganem (przyjechał już jako były).

Od inauguracyjnej wizyty Richarda Nixona w 1972 r. zawsze było/jest to międzylądowanie przy okazji jakiegoś grubszego politycznie punktu podróży. Przy czym w epoce PRL amerykańscy goście zaszczycali nas na szlaku do/z Moskwy, a po przemianach ustrojowych zmienił się im jedynie punkt główny — są to partnerzy/instytucje zachodnie lub globalne.

Wycelowanie w kalendarzową lukę między obchodami amerykańskiego Dnia Niepodległości a G20 to sprytny chwyt prezydenta Andrzeja Dudy. Od dawna właśnie na 6 lipca spraszani byli prezydenci z regionu na szczyt tzw. Trójmorza, z tym że do Wrocławia. Na życzenie Donalda Trumpa całą chwałę, ale też totalny paraliż miasta ma teraz przejąć Warszawa. Wizyta będzie kopią pierwszego pobytu Baracka Obamy z 2011 r., który również miał dwie protokolarne części — najpierw rozmowy dwustronne z Bronisławem Komorowskim, a później w Pałacu Prezydenckim okrągły stół z osiemnastką prezydentów Europy Środkowej i Wschodniej.

Takie hurtowe spotkania to nowa świecka tradycja, forsowana przez prezydentów USA oraz Chin. Daje globalnym potentatom ogromną oszczędność czasu, jednym przemówieniem załatwiają cały region i zarazem silnie akcentują, kto jest słońcem, a kto krążącymi planetami. W kontaktach dwustronnych protokół dyplomatyczny wymusza równość podmiotów. Donald Trump niedawno w Rijadzie hurtowo instruował świat arabski, a w Warszawie zrobi to samo wobec Europy Środkowej i Wschodniej. Ma przy tym gwarancję, że 6 lipca słuchacze będą klaszczący i potulni, co go podbuduje psychicznie przed zupełnie inną atmosferą szczytu 7 lipca. To najważniejszy powód, dla którego po długich wahaniach zgodził się na międzylądowanie.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski