Mniejszościowa głowa państwa

Powtarzając rozumowanie Andrzeja Dudy w sprawie Konstytucji RP można przeprowadzić delegitymizację… jego mandatu.

Miejscem inauguracji cyklu debat konstytucyjnych była historyczna sala BHP Stoczni Gdańskiej.

Prezydent Andrzej Duda na zaproszenie Piotra Dudy, przewodniczącego Solidarności, zainaugurował 25 sierpnia w Gdańsku kampanię przed referendum, w którym pytania miałyby odnosić się do nowej (a nie nowelizowanej) Konstytucji RP. Dyskusja potwierdziła, że związkowcom nie podobają się m.in. obecne zapisy, iż ustrojową podstawę stanowi „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych”, a „Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny”.

Dyskusja nad hipotetycznymi pytaniami dopiero będzie się konkretyzowała. Na razie ciekawostką jest zasadne negowanie przez polityków PiS rzuconego przez prezydenta terminu referendum. 100 rocznica odzyskania niepodległości to data zbyt wzniosła, by ją zniszczyć upolitycznionym głosowaniem akurat 11 listopada 2018 r. Z niewielu konkretów inauguracji mnie najbardziej zaskoczyło takie zdanie Andrzeja Dudy: „Konstytucja która jest, proszę Państwa, rzeczywiście — można jasno powiedzieć — jest konstytucją mniejszości, spośród uprawnionych głosowało za nią tak naprawdę 22 proc.”. Arytmetycznie ma świętą rację. W referendum 25 maja 1997 r. odpowiedzi „tak” w głosach ważnych pokonały „nie” procentowo 53,45 do 46,55. Odniesienie owego „tak” do liczby wszystkich uprawnionych dało jednak wynik zaledwie 22,59 proc., to nawet nie ćwiartka społeczeństwa.

Demonstracyjnie delegitymizując Konstytucję RP prezydent strzelił jednak we własną stopę.

Powtarzając jego rozumowanie można przecież przeprowadzić delegitymizację… jego mandatu! W drugiej turze 24 maja 2015 r. Andrzej Duda w głosach ważnych pokonał Bronisława Komorowskiego procentowo 51,55 do 48,45. Notabene była to przewaga mniejsza, niż konstytucyjnego „tak” nad „nie”. Znacznie ważniejsze jest jednak odniesienie urobku w urnach do liczby wszystkich uprawnionych. Otóż otrzymał głosy jedynie… 28,10 proc. pełnoletnich Polaków — to więcej niż ćwiartka, ale daleko do 1/3, a wręcz Himalaje od poparcia przez połowę społeczeństwa. Jeszcze bardziej obnażające niewygodną prawdę są wyniki z pierwszej tury, która zawsze jest sprawdzianem rzeczywistym, jako że w dogrywce spora część elektoratu wybiera tzw. mniejsze zło. Otóż 10 maja 2015 r. zwycięski Andrzej Duda otrzymał… 16,88 proc. głosów uprawnionych.

Odnoszenie wyników wyborczych czy referendalnych do całego, a nie tylko głosującego elektoratu uważam za zasadne. Już z dziesięć razy przypominałem, że Prawo i Sprawiedliwość w wyborach do Sejmu 25 października 2015 r. otrzymało tylko 18,65 proc. głosów Polaków, ale prze do zagarnięcia 100 proc. władzy nad dosłownie każdą dziedziną życia publicznego. Jednak użycie chwytu publicystycznego w walce politycznej potwierdza, że kij ma dwa końce. Całkowicie uprawniona i arytmetycznie, i moralnie jest taka adaptacja skopiowanej tezy konstytucyjnej Andrzeja Dudy: „Prezydent który jest, proszę Państwa, rzeczywiście — można jasno powiedzieć — jest prezydentem mniejszości, spośród uprawnionych głosowało za nim tak naprawdę 28,10 proc.” Przypominam — w pierwszej turze zaledwie 16,88…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski