Mocarstwowość tylko mniemana

Obecni władcy wyimaginowali sobie, żeśmy przewodnikiem, reprezentantem, dziekanem etc. nie tylko Grupy Wyszehradzkiej, lecz także republik bałtyckich i bałkańskich. Tymczasem wyłączną podstawą do takich mrzonek jest powierzchnia i ludność Polski.

FOT. Marek Wiśniewski

Coroczna debata Sejmu o polskiej polityce zagranicznej przebiegła zgodnie z parlamentarną tradycją. Według aktualnego szefa MSZ, rządu, prezydenta, prezesa i generalnie ekipy trzymającej władzę — prowadzona jest ona perspektywicznie, podmiotowo i odpowiedzialnie przez gracza ważnego na światowym boisku. Ocena opozycji sytuuje ją na przeciwnym biegunie — jako krótkowzroczną, chaotyczną i nieodpowiedzialną, państwo polskie zaś stało się piłką, którą inni grają.

W ostrej debacie zdecydowanie zbyt mało miejsca zajęła tzw. ekonomizacja polityki zagranicznej. Wątek bardziej czy mniej skutecznego wspierania ekspansji polskich przedsiębiorców oczywiście się pojawił, ale na dalszym tle. Głównym nurtem natomiast była nasza… mocarstwowość, której realny wymiar zdefiniowałem w tytule.

Takie zjawisko występowało już wcześniej, ale obecni władcy Polski szczególnie sobie wyimaginowali, żeśmy przewodnikiem, reprezentantem, dziekanem etc. nie tylko Grupy Wyszehradzkiej, lecz także republik bałtyckich, bałkańskich etc. Tymczasem wyłączną podstawą do takich mrzonek jest powierzchnia i ludność Polski. Nie tylko politycy, lecz zwłaszcza reprezentanci biznesu z naszego regionu reagują na bezzasadną polską wyższość bardzo nerwowo — co wielokrotnie słyszałem np. podczas forum w Krynicy-Zdroju czy kongresu w Katowicach.

Na szczęście ostatnio przycichła mrzonka trwałego awansu Polski do G20. Analizując na zimno parametry ekonomiczne, polska gospodarka faktycznie lokuje się na świecie w okolicach 20. miejsca. Poza tym członkostwo G20 mają państwa owładnięte permanentnym kryzysem, na przykład Argentyna. Jednak to wyważony układ globalny i trzeba się po prostu pogodzić, że jesteśmy w nim reprezentowani pośrednio przez Unię Europejską.

Notabene ostatnio prezydencja niemiecka G20 zaprosiła ministra finansów Mateusza Morawieckiego do Wiesbaden na branżowe spotkanie szefów tych resortów i prezesów banków centralnych, ale był to kurtuazyjny wyjątek. Generalnie w ekstraklasie polskie interesy reprezentuje Donald Tusk, jako przewodniczący Rady Europejskiej — i po rychłej reelekcji będzie to robił aż do końca 2019 r.

Potwierdzeniem gry Polski w drugiej lidze będą wydarzenia na początku wakacji. W piątek-sobotę 7-8 lipca odbywa się w Hamburgu szczyt G20, z udziałem m.in. Donalda Trumpa i Władimira Putina. Natomiast w czwartek-piątek 6-7 lipca we Wrocławiu zbiera się nasz prezydencki szczyt tzw. Trójmorza, czyli abstrakcyjnego tworu państw między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym. Trzeba jednak przyznać, że Andrzej Duda wymyślił sprytny chwyt — liczy, że Air Force One wystartuje trochę wcześniej i przed Hamburgiem wyląduje w Breslau (nazewnictwo podaję za widzianą kiedyś w USA urzędową mapą).

Faktycznie, sfrunięcie Donalda Trumpa choćby na kilka godzin na spotkanie Trójmorza byłoby grubym politycznym wydarzeniem. Właśnie w takim trybie wszyscy kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych Ameryki przybywają do Polski od prawie pół wieku. Nie tylko w III RP, zaczął jeszcze w czasach PRL Richard Nixon, miedzylądowaniem (ale z noclegiem) w 1972 r. u towarzysza Edwarda Gierka po drodze do Leonida Breżniewa. Zmieniają się epoki, ustroje i politycy — ale geopolityczna pozycja Polski jako międzylądowiska dla wielkich tego świata trwa.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski