Najbardziej boli cios od kolegów

Powodem rozdmuchania rządowej propagandy przeciw reelekcji Donalda Tuska jest ustne skazanie go przez Jarosława Kaczyńskiego na eliminację ze sceny politycznej.

Donald Tusk, president of the European Union (EU), center left, and Jean-Claude Juncker, president of the European Commission, center right, depart round table talks during the European Union (EU) summit in Brussels, Belgium, on Friday, March 10, 2017. European Union leaders sent a clear signal that the 28-nation bloc will promote free trade, in a show of opposition to the protectionist stance floated by the new U.S. administration. Photographer: Jasper Juinen/Bloomberg

Echa brukselskiego szczytu Rady Europejskiej (RE) nie milkną i będą pobrzmiewały jeszcze długo. Techniczna w gruncie rzeczy decyzja 27 szefów państw/rządów o przedłużeniu naszemu byłemu premierowi posady organizatora ich szczytów urosła w Polsce — ale tylko w Polsce — do rangi starcia historycznego. Powodem rozdmuchania rządowej propagandy przeciw reelekcji Donalda Tuska jest ustne skazanie go przez Jarosława Kaczyńskiego na eliminację ze sceny politycznej — kiedyś krajowej, a obecnie także europejskiej. Niestety dla prezesa, ten wyrok jest niewykonalny i do 30 listopada 2019 r. były premier pozostanie protokolarnie równy stanem prezydentom i królom.

W poczuciu bezsiły władcom kraju pozostaje kąsanie brukselskiego wroga. Najnowszym przykładem stał się absurdalny termin wezwania byłego premiera przez wojskową komórkę Prokuratury Okręgowej w Warszawie na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie o współpracę antyterrorystyczną polskiego kontrwywiadu ze służbami rosyjskimi. Otóż przewodniczący RE obligatoryjnie uczestniczy w sesjach Parlamentu Europejskiego (PE), których kalendarz publikowany jest z wyprzedzeniem… rocznym. Konkretna agenda posiedzenia znana jest zaś miesiąc wcześniej.

W środę 15 marca w godzinach 9–12 odbywa się w PE debata priorytetowa na temat szczytu z 9–10 marca oraz przyszłej deklaracji rzymskiej. W związku z tym pytanie retoryczne brzmi: czy wysłanie przez prokuraturę 1 marca (z dwutygodniowym wyprzedzeniem) do Donalda Tuska wezwania na przesłuchanie w Warszawie 15 marca to tylko urzędnicza bezmyślność, czy jednak prowokacja. Prokuratorzy powinni oswoić się z myślą, że to oni muszą ustawić się w kalendarzowej kolejce do przewodniczącego, a także że przesłuchanie odbędzie się w Brukseli. Czysto poznawczo wizytę w nowym gmachu o nazwie Europa szczerze polecam.

Od ponad roku rządowa narracja zdecydowanie różnicuje unijne instytucje na złe i dobre. Kosmopolityczne i wraże wobec PiS są wspomniany już PE oraz Komisja Europejska, a także działająca w porozumieniu z nimi Komisja Wenecka, będąca przecież organem całkowicie odrębnej organizacji — Rady Europy. Jako swojska i przyjazna przedstawiana była natomiast Rada Europejska, czyli kolegialna głowa wspólnoty, będąca reprezentacją upodmiotowionych państw członkowskich. W przygotowanym przez polski rząd, a przyjętym 2 marca w Warszawie przez premierów Grupy Wyszehradzkiej wspólnym oświadczeniu przed 60. urodzinami wspólnoty nieprzypadkowo spośród instytucji unijnych wymieniona została jedynie RE, a wszystkie kosmopolityczne demonstracyjnie wygumkowano. Autorzy zapewne liczyli, że na jej czele obsadzą Jacka Saryusza-Wolskiego, którego kandydatura na szczycie prawnie w ogóle nie istniała.

Propaganda władzy po przegranym szczycie wciąż odgrywa zdartą płytę, że cios zadały interesowne unijne elity. A przecież eurokracja rezydująca przy brukselskim rondzie Schumana z nokautem 27:1 nie miała nic wspólnego. Rozkaz prezesa nadział się na kontrę zjednoczonych unijnymi zasadami prezydentów/premierów, zjeżdżających się do Brukseli raz na kwartał na mniej więcej dobę. Są ani lepsi, ani gorsi od prezesa Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej. Tylko po prostu pokazali, na czym polega solidarność.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski