Najłatwiej było rzucać przedwyborcze obietnice

Czas szybko biegnie, w sobotę upłynął już rok prezydentury Andrzeja Dudy. Kadencja głowy państwa w nietypowym roku 2010, a zatem i w 2015, rozpoczęła się 6 sierpnia. Data przypadkowa, ale zarazem historyczna — wymarszu w 1914 r. z Krakowa do zaboru rosyjskiego 144 strzelców, do których komendant Józef Piłsudski skierował słowa „…pozdrawiam was jako pierwszą kadrową kompanię”. Dlatego komentarzowi rok temu nadałem tytuł: „Dzisiaj wyrusza kadrowy pluton, ale czeka armia”. Tamtą prognozę potwierdził rozwój wydarzeń po zwycięskich dla PiS wyborach parlamentarnych z 25 października 2015 r. Po stanowiska ruszył batalion, pułk, brygada, dywizja, korpus, ba — cała armia tzw. dobrej zmiany.

andrzej Duda, fot. Wikipedia Commons

Opanowane przez PiS media publiczne rocznicowej chwalbie poświęciły wystarczająco dużo miejsca. Dla równowagi wpada zatem wspomnieć o najsłabszych punktach prezydentury. Numerem jeden jest niepodjęcie przez głowę państwa nawet próby odcięcia pępowiny od macierzystej partii. W III RP, mimo wprowadzenia w 1990 r. wyborów bezpośrednich, jedynie Lech Wałęsa był prezydentem samodzielnym, ba, z konfliktu z partiami uczynił wręcz swój program. Wszyscy następni byli bardzo upartyjnieni, ale z mocną pozycją: Aleksander Kwaśniewski szefował całej
formacji lewicowej, Lech Kaczyński razem z Jarosławem współkierowali PiS, Bronisław Komorowski wybijał się w PO wobec Donalda Tuska na poziom relacji koleżeńskich. Tymczasem Andrzej Duda został w 2014 r. nominowany na kandydata PiS jednoosobowo przez Jarosława Kaczyńskiego — i początkowa relacja wasalno-feudalna bardzo silnie się utrwaliła. Głównym zadaniem prezydenta jest natychmiastowe podpisywanie przysyłanych z Sejmu ustaw oraz mianowanie ludzi zatwierdzonych uprzednio przez prezesa. W zamian głowa państwa otrzymała wolną rękę w spijaniu śmietanki protokolarno-uroczystościowej.

Podczas kampanii wyborczej Andrzej Duda złożył równie nośne co kosztowne obietnice.

Ich realizacja jest bardzo niewygodna dla rządu PiS, który zdaje sobie sprawę z konieczności trzymania w ryzach deficytu. Oprócz przywrócenianiższego wieku emerytalnego, prezydent najbardziej nagłaśniał zwiększenie rocznej kwoty wolnej od podatku do 8000 zł. Prosty wyborca stworzył sobie miraż, że aż o tyle będzie pomniejszał własny PIT! Tymczasem chodzi o roczne odliczanie… 1440 zł. Projekt prezydencki ograniczył się do zmiany w PIT jednej liczby — najubożsi obywatele z kwotą podstawy do 85 528 zł obliczą 18 proc. i zmniejszą swój podatek nie o 556,02 zł, lecz o 1440 zł. Odpowiednio skorzystają podatnicy z przedziału powyżej 85 528 zł. Realna korzyść miesięcznie wyniesie zaledwie niecałe 74 zł! Ale nawet tak niepozorna kwota zachwiałaby budżetem państwa, dlatego Ministerstwo Finansów wszystko odkłada w czasie i rozmywa. Prezydent jako datę wejścia w życie ustawy naiwnie wpisał… 1 stycznia 2016 r. Na razie trudno powiedzieć, co i ile z jego obietnicy zostanie, ale jeśli — to najwcześniej od 2018 r. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski