Wybory w USA: to naprawdę prosty system

Tegoroczną kampanię zdominowało błoto, przyklejające się do obojga głównych kandydatów. To może sprawić, że frekwencja wyborcza w USA będzie jeszcze niższa niż zwykle.

Jak co cztery lata w roku olimpijskim nadszedł długo wyczekiwany pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada, w którym ludność Stanów Zjednoczonych Ameryki wybiera prezydenta świata. Ze znaczeniem tej zbiorowej decyzji kontrastuje mierna frekwencja, podobna do polskiej — oscylująca wokół 50 proc., ostatnio 55 proc. uznawany był za poziom bardzo dobry. Tegoroczną kampanię zdominowało błoto, przyklejające się do obojga głównych kandydatów, dlatego niechęć elektoratu demokratycznego wobec Hillary Clinton, a republikańskiego wobec Donalda Trumpa może zdołować frekwencję poniżej 50 proc. Notabene właśnie przełamywanie niechęci wobec „swojaka” będzie jednym z ważnych elementów decydujących o wyniku.

Odkładając na bok fatalnych kandydatów, przypominam w skrócie ordynację wyborczą. Dla nas może być ona niepojęta, ale dla każdego Amerykanina to naprawdę prosty system. Ukształtowany został w XIX wieku, podobnie jak stała data głosowania — zatem jest konstytucyjnie nie do ruszenia. W Europie nie rozumiemy znaczenia środkowego członu skrótu USA — to są stany, czyli samodzielne niegdyś kolonie i terytoria, a nie jakieś skrojone na kolanie województwa. I właśnie pośredni system elektorski łączy podmiotowość i dumę pięćdziesiątki stanów — oraz stołecznego Dystryktu Columbia (DC) — z poczuciem wspólnoty ogólnoamerykańskiej. O wyborze prezydenta decyduje nie zwykła suma głosów, lecz ich przeliczenie w rozbiciu na cząstki stanowe. Tylko raz na kilkadziesiąt lat trafia się zrozumiała sytuacja, że zwycięzca arytmetyczny przegrywa stanowo — ostatnio w 2000 r. Albert Gore z George’em W. Bushem. Pakiety głosów elektorskich przyznane są stanom proporcjonalnie do liczby ludności. Notabene po spisie powszechnym z 2010 r. nastąpiła korekta: osiem stanów straciło po 1-2 głosy, dziesięć trochę zyskało. Wszyscy rozumieją i akceptują, że Kalifornia dysponuje aż 55 głosami, Teksas 34, Floryda i Nowy Jork mają po 29 — na drugim biegunie z zaledwie trzema głosami sytuują się góry Montany i Wyoming, prerie Dakoty, śniegi Alaski czy federalny DC.

Prosty jest także mechanizm, że zwycięzca stanowy bierze cały pakiet elektorski. Jedynie Nebraska z pięcioma i Maine z czterema głosami dzielą je ciut inaczej, na niższym poziomie okręgów wyborczych do Kongresu, ale efekt wychodzi taki sam. W nocy z wtorku na środę wielka mapa USA w sztabach wyborczych i we wszystkich mediach będzie zapełniała się dwoma kolorami po ogłoszeniu wyników przez kolejne stany z kolejnych stref czasowych. Wschodnie Wybrzeże i okolice Wielkich Jezior dadzą przewagę niebieskiej Hillary Clinton, potem ogromne połacie czerwone wysuną na czoło Donalda Trumpa, ale trzy godziny po Atlantyku znowu na niebiesko uderzy wybrzeże Pacyfiku. Później dojdzie oczywisty wynik z republikańskiej Alaski (trzy głosy), a po kolejnej godzinie — z demokratycznych Hawajów (cztery głosy). Wynik wyborów będzie jednak czytelny już wcześniej — po wieściach z kilku leżących we wschodniej części ważnych tzw. stanów swingujących, czyli zmieniających preferencje w różnych wyborach prezydenckich. Środowym świtem korki od szampanów strzelą w tym sztabie, którego kandydat osiągnie 270 (czyli ponad połowę z 538) głosów elektorskich.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski