Niemcom nie jest potrzebna tzw. dobra zmiana

Wyborcy rozrzucili głosy na większą niż w 2013 r. liczbę kupek, wychodzących powyżej 5-procentowego progu.Największy partner gospodarczy Polski zbiorowo odpowiedział w niedzielę na pytanie „Kto zostanie nowym kanclerzem federalnym i dlaczego po raz czwarty Angela Merkel”. Do wyboru Bundestagu uprawnionych było 61,5 mln obywateli, o mandaty ubiegały się aż 42 partie, które wystawiły 4828 kandydatów. Notabene ze względu na mieszaną ordynację liczebność izby nie jest sztywna — wynosi co najmniej 598 deputowanych, ale np. w minionej kadencji było ich 631. Każdy wyborca dysponował dwoma głosami

Angela Merkel

i jeden oddał na konkretnego kandydata w swoim okręgu, a drugi — na ogólną listę partyjną.

Pierwsze miejsce chadecji Angeli Merkel (poprzednio 2005, 2009 i 2013) było oczywistością od wielu miesięcy. Jedynie na początku 2017 r., bezpośrednio po objęciu przewodnictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) przez Martina Schulza, zadziałał sondażowy efekt nowości, ale charyzma byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego szybko się ulotniła. Dlatego niezagrożone było zajęcie najwyższego miejsca na podium przez Unię Chrześcijańsko-Demokratyczną (CDU) z siostrzaną bawarską Unią Chrześcijańsko- -Społeczną (CSU). Zgodnie z ich umową CDU nie działa w Bawarii, CSU zaś nie wychodzi poza granice landu. Generalny wniosek z niedzielnych wyborów zapisany został w tytule. Jednak Niemcy rozrzucili głosy na większą niż

w 2013 r. liczbę kupek, wychodzących powyżej 5-procentowego progu. Bundestag w kadencji 2017–21 będzie bardziej rozdrobniony, a ławy deputowanych zarówno zwycięskiej CDU-CSU, jak i srebrnej medalistki SPD — skrócone.

W związku z tym kluczowe jest pytanie o skład rządowej koalicji. Bez wiedzy o ostatecznym rozkładzie mandatów w Bundestagu nie da się obstawiać, czy kanclerz Angela Merkel zdecyduje się na kontynuację wielkiej koalicji z SPD. Dałoby to jej znowu arytmetyczny komfort, ale ambicje Martina Schulza mogłyby rząd rozsadzać… Liczba mandatów wykluczy koalicję CDU-CSU z samymi liberałami z FDP (Wolna Partia Demokratyczna) lub tylko z Zielonymi. Wchodzi zatem w grę znacznie obniżająca sprawność rządu umowa z oboma wspomnianymi partnerami. Zgodnie z barwami partii byłaby to koalicja czarno-żółto-zielona, od flagi Jamajki zwana jamajską.

Egzotyką jest nie tylko jej kolorowa symbolika, lecz polityczna proza — różnice gospodarcze, np. między FDP a Zielonymi, są wręcz biegunowe. Trzeba jednak pamiętać, że o ile na poziomie Bundestagu taki związek jeszcze niedawno wydawał się niewyobrażalny, o tyle w rządach niektórych landów już funkcjonuje.

Oprócz utrzymania stanowiska przez panią kanclerz drugim powyborczym pewnikiem jest izolacja Alternatywy dla Niemiec (AfD). Wejście tej skrajnej partii do Bundestagu to poważny sygnał o radykalizacji części niemieckiego społeczeństwa. AfD będzie jednak miała status rezerwatu, podobnie jak np. u nas Samoobrona w jej pierwszej kadencji 2001–05 lub Ruch Palikota 2011–15. Nie uzyska żadnego bezpośredniego wpływu na politykę Niemiec, jednak pośredni — przez sam udział w pracach i debatach Bundestagu — owszem.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski