Obiektywny rating wyklucza hejting

Ewentualnej obniżki ratingu nie należy fetyszyzować, albowiem amerykańskie wielkie agencje już niejeden raz się zbłaźniły.

Beata Szydło w Sejmie Fot. Marek Wiśniewski

Beata Szydło w Sejmie Fot. Marek Wiśniewski

Nie milkną echa toczącej się w Sejmie przez całą środę (a zakończonej już w czwartek, po pierwszej w nocy) kłótni w sprawie tzw. „Raportu o stanie spraw publicznych i instytucji państwowych na dzień zakończenia rządów koalicji PO-PSL 2007-2015”, czyli słynnego audytu. Okazał się on dokumentem tak uduchowionym, że… nieistniejącym.

Tworzony był ustnie on-line przez kolejno występujących na sejmowej mównicy ministrów, których zadaniem było wyszukanie w ich resortach jak najbardziej ostrych haków na poprzedników. Notabene tuż przed nocnym głosowaniem o odrzucenie/przyjęcie przedmiotu kłótni sama premier Beata Szydło zdegradowała owo coś do kategorii jedynie „informacji”. Marszałek Marek Kuchciński zarządził jednak głosowanie nad „raportem”. Paradoksalnie zaś w czwartek władca kraju Jarosław Kaczyński użył… jeszcze lżejszej nazwy — że na razie był to „opis”, który kiedyś przyjmie jednak formę dokumentu.

Nomenklatura ma kapitalne znaczenie, albowiem do każdej nazwy przypisane są procedury. Wręcz kabaretowy wydźwięk miała okoliczność, że informacja czy opis — trzymam się tu terminologii pani premier oraz wodza — robi karierę pod absolutnie nieuprawnioną nazwą… audytu. Wymieszanie przez ministrów liczb prawdziwych z urojonymi, faktów z mrzonkami, aby jak najbardziej efektownie przywalić w poprzednią ekipę — nie mieści się nawet w kategorii tzw. audytu wewnętrznego. A przecież prawdziwy, sporządzony przez fachowców zewnętrznych audyt każdej struktury ma z tzw. wewnętrznym tyle wspólnego, ile np. demokracja z demokracją socjalistyczną. Młodszym czytelnikom przypomnę, że ta druga była kanonem minionego ustroju, a jej opoką było sprawowanie przez kierowniczą partię władzy po wsze czasy. Różnice między obiema demokracjami były wtedy tłumaczone na przykładzie krzesła i krzesła elektrycznego.

Wewnętrzna niespójność informacji przedstawionej przez kolejnych ministrów wynikała przede wszystkim z ciśnienia terminowego. Uderzenie zostało wciśnięte do kalendarza Sejmu między ogromną manifestacją opozycji z soboty 7 maja — a wyznaczonym na 13 maja terminem ogłoszenia nowego ratingu Polski przez Moody’s. Przypomnę, że do dzisiaj ta agencja oceniała nas o dwa stopnie wyżej niż niedobra Standard & Poor’s oraz o stopień wyżej niż bardziej znośna Fitch. Ewentualna decyzja o obniżeniu przez Moody’s ratingu i jego perspektywy byłaby zatem krokiem w kierunku wyrównania ocen wielkiej trójki.

W sprawie dzisiejszej decyzji Moody’s nie śmiem stawiać samosprawdzającej się przepowiedni.

Ewentualnej obniżki ratingu nie należy fetyszyzować, albowiem amerykańskie wielkie agencje już niejeden raz się zbłaźniły, przyznając wysokie oceny np. śmieciowym papierom opartym na kredytach hipotecznych oraz upadającym bankom. Jednak w globalizującym się biznesie tak już jest, że dla inwestorów ich oceny wciąż są podstawą decyzji, zatem państwa nie mogą ich ignorować. Jeśli w oczach Moody’s pójdziemy jednak o oczko w dół, to bardzo merytorycznym uzasadnieniem takiej decyzji będzie całkowicie niepotrzebnie rozkręcony w środę w Sejmie gigantyczny polityczny hejt, a wręcz wielogodzinny hejting, uderzający w aktualny stan finansów publicznych, gospodarki i generalnie — Polski. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski