Prezes nakazał bój spotkaniowy

Uchwała PiS o sprzeciwie wobec reelekcji Donalda Tuska uruchomiła w rządowej telewizji i radiu zmasowany atak propagandowy na byłego premiera. Ale zadziorny z natury Tusk oczywiście rozpoczął równie bezpardonową kontrakcję.

Maltese Prime Minister Joseph Muscat gestures to the media at the European Union leaders summit in Valletta, Malta, February 3, 2017. REUTERS/Yves Herman

Maltese Prime Minister Joseph Muscat gestures to the media at the European Union leaders summit in Valletta, Malta, February 3, 2017. REUTERS/Yves Herman

Rozpoczynający się dzisiaj w Brukseli o godz. 16 planowy szczyt Rady Europejskiej (RE) będzie szczególny z dwóch powodów. Po pierwsze — prezydenci/premierzy zbiorą się w długo oczekiwanej nowej siedzibie, którą przedstawiamy na łamach pb.pl. Po drugie — rozstrzygnięcie przewodnictwa RE na drugą połowę kadencji (od 1 czerwca 2017 r. do 30 listopada 2019 r.) wiąże się z bezprecedensową konfrontacją między kandydatami z jednego kraju. Na zbiórkach szefów państw i rządów zdarzały się już ostre starcia, ale merytoryczne, głównie budżetowe lub traktatowe. Wtedy temat odkładano i kompromis udawało się osiągnąć dopiero za drugim czy trzecim podejściem. Ale w starciu personalnym o kompromisie nie ma mowy, rozstrzygnięcie może być tylko zero-jedynkowe. Trudno sobie przecież wyobrazić, że np. Donald Tusk po uzyskaniu odnowienia mandatu zatrudnia Jacka Saryusza-Wolskiego jako swoją prawą rękę. Przecież jako szefa gabinetu ma doskonałego fachowca Piotra Serafina, a poza tym nowym sternikom przechwyconego z PO zasłużonego europosła nie o to chodzi.

Zapożyczenie terminu militarnego do tytułu, oczywiście odniesionego do polityki, jest jak najbardziej zasadne. Bój spotkaniowy ma dwie podstawowe cechy. Po pierwsze — każda ze stron dąży do rozstrzygnięcia go natarciem, nie ma mowy o obronie. Po drugie — z definicji jest starciem krótkotrwałym, albowiem wywołuje obustronne ciężkie straty, a kończy się, gdy któraś ze stron traci inicjatywę zaczepną. Prezes Jarosław Kaczyński powinien pamiętać, że każda akcja wywołuje reakcję. Sobotnia uchwała polityczna PiS o sprzeciwie wobec reelekcji Donalda Tuska uruchomiła w rządowej telewizji i radiu zmasowany atak propagandowy na byłego premiera. Zwieńczeniem stał się kuriozalny list premier Beaty Szydło do pozostałych uczestników szczytu RE. Ale zadziorny z natury Tusk oczywiście rozpoczął równie bezpardonową kontrakcję, z wykorzystaniem wszystkich swoich zdolności oraz możliwości. Jej efekt to pierwsza klęska proceduralna PiS: socjaldemokratyczny (czyli nie chadecki) premier Joseph Muscat, który z racji sprawowania przez Maltę prezydencji poprowadzi na szczycie RE punkt wyborczy, bez obecności Donalda Tuska — wykluczył zaproszenie na salę obrad także Jacka Saryusza-Wolskiego.

W prowadzonej na użytek krajowy kampanii strona rządowa pomija drobiazg prawny o znaczeniu strategicznym. Traktat o UE rozstrzyga, że RE „wybiera swojego przewodniczącego większością kwalifikowaną na okres dwóch i pół roku; mandat przewodniczącego jest jednokrotnie odnawialny”. Znawcy prawa unijnego silnie akcentują tę „odnawialność” i podkreślają, że nie są to wybory od zera! Przecież Donald Tusk został wybrany 30 sierpnia 2014 r., notabene jednogłośnie, i zgodnie z traktatowym ratio legis obecnie pierwsze pytanie zadane przez Josepha Muscata powinno brzmieć: „Kto z pań i panów prezydentów i premierów jest za odnowieniem mandatu przewodniczącego Donalda Tuska?”. Drugie zaś: „Kto nie jest za odnowieniem?” (takie głosy nie są rozdzielane na przeciwne i wstrzymujące). I dopiero gdy odnowienie nie zebrałoby koniecznej większości (do jego zablokowania potrzeba co najmniej ośmiu głosów), szczyt powinien zastanowić się co dalej. Jeżeli premier Malty tak by to rozegrał, cała procedura potrwałaby nawet mniej niż kwadrans. I wyniszczający polsko-polski bój spotkaniowy na tym by się skończył.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski