Propozycja płacy minimalnej szokuje pracodawców

Rząd zaproponował wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę do poziomu… 2000 zł.

Fot. iStock

Fot. iStock

Na dzień przed upływem terminu, wyznaczonego ustawą o Radzie Dialogu Społecznego (RDS), Rada Ministrów formalnie przyjęła we wtorek założenia projektu budżetu państwa na 2017 r. W niezakłóconym wyborami roku finalny projekt ustawy musi wpłynąć do Sejmu najpóźniej 30 września, zatem na docieranie szczegółów oraz konsultacje pozostaje 3,5 miesiąca. Założeniom budżetu zawsze towarzyszy kilka dokumentów, z których największe zainteresowanie udziałowców RDS wzbudza minimalne wynagrodzenie w umowie o pracę.

Wczoraj rząd zaproponował jego wzrost brutto od 1 stycznia z tegorocznego poziomu 1850 zł aż do… 2000 zł. Reakcje partnerów społecznych będą oczywiste — związkowcy zapewne przyklasną, natomiast pracodawcy wręcz „szokującą” ich podwyżkę skontrują. Zwłaszcza że zawierając umowy-zlecenia, muszą wykonać obowiązek płacenia co najmniej 12 zł za godzinę.

Budżet na 2017 r. jest pierwszym, za który całkowitą odpowiedzialność ponosi rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tegoroczny premier Beata Szydło odziedziczyła po premier Ewie Kopacz, realne było wprowadzenie tylko korekt w trybie rządowych autopoprawek oraz obróbki w Sejmie i Senacie. Wszystko, co negatywne, można było zatem wygodnie zrzucić na poprzedników. Z drugiej strony — ministrowi finansów łatwiej trzymać deficyt w ryzach, ponieważ poza programem Rodzina 500+ budżetu na 2016 r. jeszcze nie zdążyły obciążyć bardzo kosztowne i nieodpowiedzialne finansowo obietnice z ubiegłorocznych kampanii wyborczych — najpierw Andrzeja Dudy, a potem PiS. W 2017 r. natomiast budżet będzie musiał wytrzymać wypływ potężnego strumienia wydatkowego.

Prezydent jest wyraźnie zniecierpliwiony utknięciem w Sejmie jego projektów, ponieważ na spotkaniach z wiernym elektoratem wciąż tylko obiecuje i obiecuje to samo co rok temu — podniesienie kwoty wolnej od podatku oraz obniżenie wieku emerytalnego. Od razu dodaje jednak, że los obu ustaw zależy od stanu finansów publicznych — ciekawe, że podczas kampanii to uczciwe uzupełnienie całkowicie pomijał…

Kluczowym założeniem budżetowym jest 3,9-procentowy wzrost gospodarczy w przyszłym roku. Rząd twierdzi, że jedną z lokomotyw napędzających popyt będzie program Rodzina 500+. Tymczasem pierwsze analizy wydatków z pieniędzy już wypłaconych przez gminy potwierdzają, że pomoc dla wielodzietnych rodzin w pierwszej kolejności idzie wcale nie np. na lepszą żywność, lecz na zakupy… importowanego sprzętu elektronicznego lub artykułów gospodarstwa domowego.

A zatem ze sztandarowego programu politycznego PiS najbardziej, przynajmniej na jego początku, korzysta wcale nie polska gospodarka, lecz zagraniczni producenci. Jeżeli takie zjawisko się utrzyma, to zaledwie część prorodzinnych pieniędzy napędzi popyt wewnętrzny, a reszta — pogorszy bilans handlowy Polski. A przecież byliśmy tak dumni, że w 2015 r. pierwszy raz od zmiany ustroju Polska per saldo osiągnęła nadwyżkę w obrotach z zagranicą. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski