Referendalna kwadratura koła

Pomysłodawca ogłosił ideę, aby pytania były produktem ponadpartyjnego porozumienia narodowego. Idea szczytna, ale przeczy jej cała kadencja Andrzeja Dudy.

Uczestnicy sobotniego Marszu Wolności nie mieli wątpliwości, kto jest w Polsce prawdziwym decydentem – również w sprawach konstytucyjnych.

Rzuceniem 3 maja na polityczny rynek idei przeprowadzenia w 2018 r. referendum w sprawie nowej Konstytucji RP prezydent Andrzej Duda zaskoczył nawet załogę własnej kancelarii. Notabene otwierając nowy front walki dokonał charakterystycznej zmiany na stanowisku rzecznika prasowego. Podziękował wynajętemu doświadczonemu dziennikarzowi Markowi Magierowskiemu, który swoim wyczuciem mediów oraz spokojem łagodził wizerunkowe wpadki pryncypała. Prezydent postawił na drapieżnego — mowa o kampanii wyborczej z 2015 r. — posła Krzysztofa Łapińskiego, który ostatnio dystansował się od PiS. Sejmowy mandat składa zatem z ulgą, zwłaszcza że w kancelarii otrzymał prawie ministerialny tytuł sekretarza stanu, gdy poprzednik był zwyczajnym dyrektorem biura. Ten kolejny przykład tzw. dobrej zmiany potwierdza, że budżet władców na kosztowne fuchy jest nieograniczony.

Zapowiedź referendum od kilku dni stała się społeczną nowalijką. W związku z tym gorące sondaże naturalnie wskazują na aprobatę dla samej idei konstytucyjnej zmiany. W jednym rozkład odpowiedzi wyszedł 60 do 36, gdy 4 proc. respondentów nie miało zdania. Jednak pytanie pominęło najważniejszy drobiazg: czy chodzi o doprecyzowanie w kilkunastu miejscach obecnej Konstytucji RP, czy o uchwalenie od zera nowej. A przecież to radykalnie inna sytuacja prawna i inny horyzont czasowy. Co bardzo ważne — większość akceptujących korektę/wymianę podkreśla, że pracować przy tym powinni nie sami politycy, lecz także prawnicy, pracodawcy, związkowcy, organizacje pozarządowe etc. Konieczny jest także udział opozycji, i to nie fasadowy, lecz współdecyzyjny.

I właśnie w tym obszarze od pierwszych chwil stworzyła się figura zapisana w tytule. Pomysłodawca ogłosił ideę, aby pytania referendalne były produktem ponadpartyjnego porozumienia narodowego. Idea szczytna, ale przeczy jej cała dotychczasowa kadencja Andrzeja Dudy. Partyjność wybieranego bezpośrednio prezydenta to generalna ułomność III RP. Jedynym samodzielnym był Lech Wałęsa, który z konfliktów z partiami uczynił lejtmotyw prezydentury. Później najdalej od korzeni SLD-owskich odszedł Aleksander Kwaśniewski, co zaowocowało uzyskaniem przez niego w 2000 r. reelekcji już w pierwszej turze — wynik dzisiaj wręcz niewyobrażalny. Usługi podpisowe wobec PiS/PO na podobnym poziomie wykonywali Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski, przy czym obaj mieli w macierzystych partiach wysokie pozycje. Obecnie natomiast, pierwszy raz w dziejach III RP, głową państwa jest nominat jednego człowieka — klasyczna feudalno-wasalna relacja Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy jest opoką tzw. dobrej zmiany.

Reprezentatywną próbką możliwości włączenia się opozycji do prac referendalnych były opinie uczestników sobotniego Marszu Wolności. Przy czym nie chodzi o głosy pojedynczych polityków, lecz o nastrój wielotysięcznej rzeszy tzw. zwyczajnych uczestników. Referendum jeszcze się nawet nie wykluło, ale już zostało skazane przez protestującą wobec standardów PiS wielką część społeczeństwa na totalny bojkot. A przecież jeśli frekwencja nie przekroczy 50 proc., to wyniki trafią do kosza i obecna Konstytucja RP zostanie zakonserwowana na lata.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski