Referendum to ruchome piaski

Skutki głosowania na Węgrzech to pikuś wobec następstw referendum w sprawie brexitu. Ale…..

Znaczenie niedzielnego referendum na Węgrzech na pewno wykracza poza ich granice. Wyniki powinny być przeanalizowane w szczególności w Polsce — ze względu na demonstracyjną wręcz zażyłość premiera Viktora Orbána nie tyle z jego partnerką rządową Beatą Szydło, ile z odpowiednikiem partyjnym Jarosławem Kaczyńskim. Skutki głosowania z 2 października to oczywiście pikuś wobec następstw referendum z 23 czerwca w Zjednoczonym Królestwie, które zapoczątkowało nieodwracalny już brexit.

Ocena węgierskich wyników jest odzwierciedleniem filozofii szklanki do połowy pełnej/pustej. Premier Viktor Orbán gorzko rozczarował się frekwencją, dlatego stara się przekuć w propagandowy triumf wynik uzyskany w urnach. Poszli do nich przekonani, zatem nie dziwi, że spośród ważnie głosujących aż 98,32 proc. opowiedziało się przeciwko ustalaniu przez Unię Europejską kwot uchodźców przyjmowanych przez Węgry. Sprawca referendum wstydliwie pomija jednak dotkliwą porażkę frekwencyjną, wszak warunkiem ważności było osiągnięcie progu 50 proc. głosów ważnych. Karta była łopatologicznie prosta, należało odpowiedzieć „tak” lub „nie”, zatem 6,27 proc. głosów nieważnych to nie pomyłki, lecz obywatelska demonstracja, dająca skutek prawny taki jak niegłosowanie. Głosy ważne oddało 40,4 proc. uprawnionych wyborców, czyli aż 3/5 dorosłych Węgrów odmówiło bycia masą podatną na skinienie palca ich politycznego władcy.

Polska na polu referendalnym ma doświadczenia rozmaite. 7-8 czerwca 2003 r. przy frekwencji przekraczającej 58,8 proc. zbiorowo zatwierdziliśmy najważniejszą narodową decyzję w powojennej historii — o akcesji Polski do Unii Europejskiej. Na drugim biegunie wypada usytuować nieszczęsny 6 września 2015 r., gdy kraj wpuścił w referendalną hucpę (frekwencja tylko 7,8 proc.), z trzema beznadziejnymi pytaniami, odchodzący prezydent Bronisław Komorowski. To było najgłupsze przedsięwzięcie polityczne w dziejach niepodległej III RP. Bliski wyrównania rekordu był na samym początku kadencji prezydent Andrzej Duda, który zgłosił projekt referendum ze swoimi trzema pytaniami, ale jego absurd zablokował kończący kadencję Senat opanowany przez Platformę Obywatelską.

Po blisko roku podwójnej, prezydencko-rządowej władzy Prawa i Sprawiedliwości na szczęście przycichła idea referendów. A przecież podczas obu kampanii wyborczych w 2015 r. ich organizowanie było zapowiadane. Wobec zdobycia przez jedną ekipę wszechwładzy głosowanie powszechne okazuje się jednak zbędne. Poza tym rozwój sytuacji społecznej potwierdza, że kilkaset tysięcy podpisów pod obywatelskim wnioskiem o referendum spokojnie są w stanie zebrać nie tylko niepokorni wobec dawnej ekipy PO-PSL, lecz również niezgadzający się na tzw. dobrą zmianę PiS. Na przykład po odrzuceniu w pierwszym czytaniu projektu liberalizacji przepisów aborcyjnych można sobie wyobrazić, że nie skończy się na poniedziałkowym czarnym proteście kobiet, lecz może objawić się inicjatywa referendalna. Oczywiście podobną akcją podpisową może odpowiedzieć strona domagająca się zaostrzenia przepisów. Pytanie retoryczne — czy przy ewentualnym zbiegu dwóch przeciwstawnych wniosków suwerena opanowany przez jedną partię Sejm uchwali przeprowadzenie podwójnego referendum?

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski