Referendum to zawsze ryzyko

Przez kilkadziesiąt lat, gdy dla Polski wręcz niewyobrażalne było członkostwo Unii Europejskiej (ba, ona sama była niewyobrażalna), Włochy dzierżyły globalny prymat chwiejności rządów.

Referendum we Włoszech Fot. Niccolò Caranti [CC BY-SA 3.0], via Wikimedia Commons

W ostatnich latach sytuacja się tylko ciut ustabilizowała, Matteo Renzi był czwartym premierem w minionych pięciu latach. Jednak gwałtowny, tak niepokojący, zarówno świat unijnej polityki, jak też rynki finansowe kryzys rządowy wybuchł nieco irracjonalnie. Ambitny premier postanowił wykorzystać osobistą popularność i przygotował rozsądny projekt uproszczenia konstytucyjnego ustroju Włoch, którego skutkiem miała być większa sprawność państwa. Podejmując ryzyko referendum, ostro oprotestowanego przez partie opozycyjne, liczył na poparcie tzw. milczącej większości. Rzeczywiście, przemówiła ona, ale… przeciwko.

Trudno uniknąć skojarzeń z referendum brytyjskim z 23 czerwca, przeforsowanym przez Davida Camerona.

Rzecz jasna zupełnie inny był przedmiot oraz istota referendalnego pytania — w Zjednoczonym Królestwie minimalna większość głosujących opowiedziała się za zmianą, czyli brexitem, a we Włoszech właśnie przeciwko zmianie. Obu premierów, którzy jeszcze niedawno byli gwiazdami szczytów Rady Europejskiej, połączyło jednak złe wyczucie nastrojów społecznych. Zakładali przecież zwycięstwa, które na długo umocniłyby ich polityczną pozycję.

Międzynarodowe konsekwencje brexitu oraz klęski włoskiego premiera są nieporównywalne. Ale Włochy należą do wielkiej czwórki UE i uczestniczą w szczytach G7, zatem w interesie całej wspólnoty — czyli także Polski — leży zminimalizowanie skutków kryzysu. Z badań społecznych wynika, że reformę Matteo Renziego odrzucili wyborcy… umiarkowani, dlatego wyniku nie powinno się interpretować jako poparcia dla partii skrajnych. Generalny wniosek dla klasy politycznej, w każdym państwie, zapisany zaś został w tytule. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski