Rocznica tylko pogłębia podziały

Za życia Wojciecha Jaruzelskiego obchody kolejnych rocznic wprowadzenia stanu wojennego miały rytuał uzasadniony faktami.

Fot. Anonymous [Public domain], via Wikimedia Commons

Pikieta przed willą generała o północy 12/13 grudnia upamiętniała ofiary i zarazem przypominała, że czołgi wyprowadzone zostały na ulice absolutnie niezgodnie z… Konstytucją PRL — wszak Rada Państwa podczas trwającej sesji Sejmu PRL nie miała prawa wydawania dekretów! Ostatnia rocznica „standardowa” wypadała w 2013 r., a później już zaczęła się na całego walka o polityczne przechwycenie daty. 13 grudnia 2014 r. opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość zorganizowało wielki marsz, którego lejtmotywem było skandowanie „Fałszerze!”, odnoszące się do wyników wyborów samorządowych, a konkretnie — do sejmików województw. Tamten krzyk nigdy nie został poparty jakimkolwiek wniesionym do sądów materiałem dowodowym (protesty i wyroki dotyczyły, jak po każdych wyborach, tylko pojedynczych okręgów gminnych), ale bezzasadne przekonanie pozostało.

Dzisiejsza 35. rocznica stanu wojennego przebiega w zupełnie innych okolicznościach. W ciągu roku polityczne koło wykonało obrót, rządzący i protestujący pozamieniali się rolami, a stołeczny inżynier ruchu razem z policją musi pilnować, by pro- i kontrdemonstracje się nie zderzyły. W takich okolicznościach zawsze przypomina mi się wisielczy humor jeszcze sprzed stanu wojennego, że oto doszło do wypadku komunikacyjnego, bo zderzyły się dwie kolejki — jedna po mięso, a druga po papier toaletowy.

Po wielu latach nasz 13 grudnia znowu zyskuje kontekst międzynarodowy. W Parlamencie Europejskim (PE) odbywa się trzecia już w tym roku debata na temat kryzysu demokracji w Polsce, której dorobek będzie podobny jak dwóch poprzednich — prawnie całkowicie zerowy, politycznie natomiast przyniesie dalsze osłabienie wizerunkowe i decyzyjne rządu PiS w unijnych realiach. Warto odnotować jeszcze inną ciekawostkę — otóż odchodzący przewodniczący PE Martin Schulz postanowił właśnie 13 grudnia zorganizować uroczystość wręczenia corocznej nagrody wolności myśli im. Andrieja Sacharowa. Zgodnie z przećwiczonym od lat trybem, podczas grudniowej sesji PE była ona wręczana w środę i pierwotnie uroczystość planowana była na 14 grudnia. A jednak odbywa się o dzień wcześniej, bez jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia — poza terminową zbitką z polską rocznicą.

Notabene samo przyznanie tegorocznej nagrody Sacharowa przebiegło specyficznie. Na krótkiej liście nominowanych znalazły się kandydatury bardzo ważne i równe, ale ktoś musiał zebrać najwięcej głosów. Zbiorową decyzją kierownictwa politycznego PE nagrodę, wspartą czekiem na 50 tys. EUR, otrzymały wspólnie Nadia Murad Basee Taha i Lamiya Aji Bashar — jazydzkie prawniczki, cudem ocalone z seksualnej niewoli w tzw. państwie islamskim i śmierci. Pozostali finaliści to Can Dündar, były redaktor naczelny tureckiego dziennika „Cumhuriyet”, oraz Mustafa Dżemilew, były przewodniczący Madżlisu (zgromadzenia narodowego Tatarów krymskich) i dysydent w czasach ZSRR. Po zaborze Krymu przez Rosję właśnie ten kandydat był mocno popierany przez europosłów polskich, niezależnie od ich barw politycznych, ale wypadkowa głosów w tzw. konferencji przewodniczących PE rozstrzygnęła inaczej.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski