Rynkową równość gwarantuje traktat

W sprawie podatku handlowego Prawu i Sprawiedliwości (PiS) najłatwiej było rzucać w kampanii wyborczej przynoszący poklask elektoratu argument „wprowadzimy podatek od supermarketów”. Jego celem było zrównanie rynkowych szans mniejszych podmiotów handlowych o kapitale krajowym, nie wytrzymujących konkurencji z ponadnarodowymi gigantami sieciowymi — nie tyle jakościowej, ile cenowej. Gdy jednak po 25 października 2015 r. przyszło do ustawowej realizacji obietnicy, zadanie okazało się znacznie trudniejsze np. od wprowadzenia również obiecywanego w kampanii podatku bankowego. Ba, za trudne jak na zdolności legislacyjne obecnych władców kraju. Notabene nie jest to przypadek odosobniony, wystarczy przypomnieć losy obiecywanej przez PiS tzw. dużej ustawy medialnej, która zamiast całościowego przebudowania mediów publicznych i dania im mocnych fundamentów finansowych — przybrała karłowatą formę skoku na władzę.

Fot. William Murphy (CC BY-SA 2.0) , via Flickr

Wszczęcie przez Komisję Europejską (KE) procedury o naruszenie przez Polskę unijnego prawa było powszechnie spodziewane. Co najbardziej paradoksalne — również przez twórców handlowego podatku. Przecież szczegółowo znany był przypadek Węgier, które musiały wycofać się z podobnego rozwiązania. Notabene rząd Viktora Orbána obecnie ma nadzieję, że rządowi Beaty Szydło uda się obronić w Brukseli nasz podatek i będzie mógł wrócić do tematu, kopiując polskie przepisy… Problem sprowadza się jednak do tzw. kwadratury koła. Bez względu na racje moralne i ideologiczne, wprowadzanie rynkowych preferencji dla konkretnych podmiotów nie daje się pogodzić z unijnym traktatem. KE odczytuje jego przepisy bezpośrednio i tym razem nie obronią się zarzuty wobec Brukseli o naginaniu unijnego prawa przez niechętnych rządowi PiS urzędników. Dlatego najbardziej bezmyślną decyzją w sprawie podatku handlowego byłoby pójście na udry z KE przed Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski