Sankcje wprost nie grożą, ale i tak zapłacimy

Realnie procedura traktatowego art. 7 jest tak długa i zawiła, że… nierealizowalna.

W kalendarzu kończącej urlopy eurokracji 31 sierpnia to zwyczajny roboczy dzień, bez jakichkolwiek odniesień do polskich urodzin Solidarności. Nie jest postrzegany także jako wigilia 1 września, czyli rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Dlatego nadawanie czwartkowemu posiedzeniu komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego (PE) w Brukseli jakiejś dodatkowej antypolskiej symboliki to niedorzeczność. Deputowani stanowiący zdecydowaną większość PE domagają się skonkretyzowania unijnych kroków przeciwko naszemu rządowi niezależnie od terminu.

Wypada przypomnieć, że już 14 września 2016 r. PE przyjął rezolucję w sprawie zagrożeń dla stanu praworządności w Polsce. Zdecydowanym stosunkiem głosów 510:160, przy 29 wstrzymujących się i 52 nieobecnych — była to większość stanowiąca aż 67,9 proc. składu PE. Rezolucja w procedurze nielegislacyjnej sama w sobie znaczyła prawnie tyle, co nic. Ale zalecenia PE dla Komisji Europejskiej (KE), aby dążyła do uruchomienia art. 7 unijnego traktatu, który przewiduje wobec krnąbrnego państwa nawet sankcje polityczne i finansowe, nie można już lekceważyć. Realnie procedura jest jednak tak długa i zawiła, że… nierealizowalna. Zatem o bezpośrednie uderzenie po kieszeni możemy być spokojni.

Systematyczne stawianie rządu do kąta a to przez PE, a to KE ma jednak znaczenie nie tylko wizerunkowe. Radykalnie obniża, a nawet paraliżuje inicjatywne możliwości ekipy PiS. Całkowitą mrzonką jest np. idea przeforsowania jakichś zmian traktatowych, o których tak często wspomina prezes Jarosław Kaczyński. W znacznie krótszym horyzoncie czasowym konkretem bardzo ważnym dla polskiego biznesu jest natomiast słabnąca pozycja rządu w walce o odrzucenie nowelizacji dyrektywy o delegowaniu pracowników. Państwu wciąż besztanemu bardzo trudno zmontować mniejszość blokującą. Przypomnę, że w sprawie dyrektywy rozstrzygną obie izby legislacyjne — czyli PE oraz ministerialna Rada UE, w której reprezentowane są wszystkie państwa członkowskie.

Pozycja Polski naturalnie osłabła także w kwestiach finansowych. Nie chodzi jedynie o ciężką rozgrywkę o siedmiolatkę budżetową 2021–27, w której Polska obiektywnie, z powodu postępującego od wejścia do UE awansu cywilizacyjnego, dostanie znacznie mniej pieniędzy. Problem może stanąć na wokandzie znacznie wcześniej i będzie dotyczył końcówki obecnej perspektywy wieloletniej 2014–20, z którą wiążemy tak wielkie nadzieje inwestycyjne. Brytyjczycy w negocjacjach warunków brexitu kategorycznie podtrzymują zamiar płacenia składki netto jedynie do 31 marca 2019 r. A zatem w dwóch ostatnich budżetach obecnej siedmiolatki pojawi się niemała wyrwa. Przymusowe cięcia pójdą raczej nie w politykę rolną, lecz przede wszystkim w spójnościową, przed czym nie obroni naszej koperty rząd Beaty Szydło. I tak bardzo oczekiwane przez polską gospodarkę ożywienie inwestycyjne może polec na froncie walki z Brukselą dosłownie o wszystko.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski